Muchaja

Promień słońca, który wystrzelił nagle gdzieś spomiędzy liści, uderzył w stojącą naprzeciwko mnie ścianę i w ostrej, drżącej kurzem smudze, wydobył z cienia długie pęknięcie tynku. Ciemna, długa rysa, wyglądała jak wyschnięta rzeczka bogata w liczne dopływy i bezwodne szpareczkowate strumyki. Rzeczka bez źródła i bez ujścia. Zarys, fragment, szkic wodnego korytka, które czeka na deszcz, aby się wypełnić, rozlać, zaistnieć. A przede wszystkim nowy punkt na ciele ściennej szaro-żółto rozziewanej monotonii.
To pęknięcie musiało powstać całkiem niedawno. Dzisiejszej nocy lub z samego rana. Gdyby wcześniej − zauważyłbym. Znam dokładnie ten mur, tę starą ścianę nieporządnie ochlapaną tynkiem i zasmarowaną (niegdyś zapewne mówiono na ten odcień żółci „kanarek”) kredową farbą, źle rozprowadzoną, naciekającą, tu i ówdzie grubą fałdą wskazującą kierunek ruchu ręki nieudolnie prowadzącej pędzel. Znam ją, wiem na przykład gdzie znajduje się mała dziurka po gwoździu, który wyleciał przed − zaraz… to było dwa lata, trzy miesiące i… siedem dni temu – siedem, czy sześć − nie, jednak siedem. To była środa. Wtedy po raz pierwszy przyjechało pogotowie do Mateckich, tych z czwartego. Pamiętam, że lekarz schodząc od nich, wstąpił na moment do nas, aby porozmawiać o moim ojcu, którego znał jeszcze z liceum. Mróz był taki na dworze, że światło z pobliskiej latarni skrzypiało na oknie. Doktor wciąż zacierał dłonie. Rozmawialiśmy przy herbacie. Zostawił mi jakieś tabletki od bólu głowy.
Te moje migreny.
No i właśnie wtedy, gdy lekarz już wychodził i otworzył drzwi do korytarza, wiatr wdarł się przez uchylone okno, zatargał firaną, pozrzucał gazety ze stolika przy łóżku i uderzył rykoszetem w ścianę naprzeciwko okna, wprost w wiszący tam portret, który spadł z brzękiem na podłogę. Od tej chwili nie patrzą już na mnie z z ram groźne oczy pradziadka huzara. Po tym upadku Katarzyna wyniosła protoplastę na poddasze, do sypialni mamy. A ja zostałem sam. O ile rzecz jasna nasrożoną, wąsatą gębę starego Antoniego z portretu uznać można było za towarzystwo.
A jednak, jednak przegadałem z nim długie godziny, dyskutowałem z nim, spierałem się… Był zawzięty, uparty, bezkompromisowy. Ale umiał opowiadać. To potrafił. I jeszcze umiał i lubił wypić. Ile myśmy razem, po kryjomu opróżnili piersiówek, ile fajek żemy wypalili wietrząc później pokój z dymu.
Tak więc, zostałem sam. Sam i samiutki jak zapomniana rybka w wielkiej sieci, którą wyrzucono za burtę, gdyż była zbyt stara na następne połowy. Zapomniana ryba w porzuconej sieci. Ryba, której odebrano morze i niedopuszczono do konserwy i teraz tkwi pomiędzy światami, żadnemu nie przynależna, żadnemu niemożliwa, skazana na sieć, czyli na łóżko, matczyną kołdrę i poduszkę w kratę.
No, zagląda tu do mnie dwa, trzy razy dziennie Katarzyna z posiłkiem, ale jej twarz, jej oczy… Same dziury i pustki wypełnione znudzeniem, powierzchownością, oddaleniem, połowicznością i niedomiarem… A jej sylwetka… jakby miała za zadanie nadrobienie niedomiaru życia w twarzy; korpulentna, po cóż ukrywać – gruba, pofałdowana, przelewająca się przy każdym kroku na kręgosłupie z lewa na prawą, z przodu do tyłu, piersi rozbuchane pomiędzy ścianami jak sterowce najeżdżające przestrzeń po bokach i przed sobą, zawłaszczające każde pomieszczenie w które się wcisną. I ten brzuch rolujący przy każdym ruchu po rozkołysanych w przeciwną do nich stronę kłębach niby na tłustych łożyskach, kłęby wreszcie same, w których dawna kobiecość już zapomniana pogrzebana, jak beczka łoju ciśnięta w torfowisko.
A przy tym głos − cienki, miękki, wymuskany w intonacyjne esy floresy, udrapowany w pretensjonalną koloraturę wymuszonej modulacji, głos słodki jak… zapach zwłok polanych klonowym kompotem.
„Proszę panie profesorze, jeszcze dwie pastylki, tutaj stoi woda proszę pana, i zjeść kaszkę do końca, kaszka niam, niam, mleczko cacy, jeszcze tylko jedna łyżka, no, pani profesorowa by się pogniewała”… A spojrzenie poza mną i nad łóżkiem, i gdzieś po gałęziach za oknem, i w chmurach.
Uff, zdrętwiała mi lewa ręka. Muszę ćwiczyć. Więcej… Co to!? W dolnej części ściennej rysy, tam gdzie pęknięcie było najszersze i przylegle doń szczeliny tworzyły coś w rodzaju krzaczastej litery V, zauważyłem, a raczej przeczułem jakiś ruch. Nie był to właściwie nawet ruch dokonany a raczej coś jak drgnięcie in potentia. Wpatrując się w to miejsce, dostrzegłem po chwili, że otwór poszerzył się nieznacznie i wychynęła zeń okrągła szparka, ryska właściwie jakby ze szpary wykluła się szpareczka, a nawet szparusia w kształcie larwy, albo kropelki, bo obła cała, bez powodu, bez przyczyny z zewnątrz, sama w sobie pęknięta, nowa, dodatkowa, poboczna, nie duża, ale równie jak główna rysa mroczna.
Teraz rysko-kropelka poruszyła się i wbrew grawitacji pociekła wzdłuż ściany w kierunku słonecznej smugi. Już dociera do rejonu światłocienia, już wpływa, wsuwa się w sam środek złotego kręgu.
Mucha.
Od okna do ściany płonie i migoce powietrze. Złota smuga, gęsta od ruchu rozmigotanych w jej wnętrzu drobin. Struga, lawa blasku rozżarzająca błyskawicznie wszystkie wpływając w jej obręb drobinki kurzu. Chmura pyłu, pyłku, pylonu.
Światło rozrasta się nagle w kolumnę ognia.
Na szczycie kolumny Ona.
Delikatne, pergaminowe skrzydełka lśnią miodowo. Uderzyła mnie szlachetna symetria jej kształtu, umiar w zabarwieniu, ciemnobrązowa nóżko, czy tez łapko-kosmatość, delikatność skrzydełek i … jakby obojętność, trudny do wytłumaczenia powab obojętności względem ściany, słońca, względem mnie wreszcie.
Oto Mucha ujawniła się nagle przy owej dziwnej rysie, której wczoraj jeszcze wcale w tym miejscu nie było i w jej wędrówce do światła, oraz w całej słonecznej auto-ekspozycji odczytałem chęć zamanifestowania swojej wolności i autonomii.
Wolności naprzeciwległej, którą uprawiała tam na ścianie, na moich oczach, wyraźnie przeciwko mnie.
Jej wyzwolona ścienność i moja zaległa łóżkowatość, starły się w sposób niespodziewany, gwałtowny, nie pozostawiajacy złudzeń, że idzie tu o rzecz dużej wagi. Nie było miejsca na uniki. Mogłem co prawda odwrócić się od muchy, mogłem udawać, że jej tam wcale nie ma lub, że jej obecność tam, na ścianie jest mi obojętna, mogłem (ależ tak! ), po prostu spłoszyć ją jednym gwałtownym ruchem, ale byłoby to działanie zbyt proste, by nie rzec prostackie.
Nie, sytuacja wymagała dyplomacji. Trzeba działać − pewnie i możliwie prosto, ale nie prostacko.
Ba, łatwo powiedzieć.
Przede mną ściana, na ścianie mucha, na musze słońce, a ja tu prawie bez ruchu i sam.
Czymże byłem wreszcie przykuty do żelaznego łoża, przy jej owadziej lotności. W jaki sposób mogłem przeciwstawić jej skrzydełkom swoje ciężkie, nieużywane od dawna kończyny. Jakimi słowy wyperswadować bezczelnemu owadowi, niestosowność jego cupania w miejscu najbardziej na ścianie, poprzez słoneczny promień i pęknięcie, wyeksponowanym?
Gdyby nie mucha…Ten fragment ściany, poprzez nowopowstałą rysę tajemniczy i przez promyk słoneczny, wręcz piękny, mógł sprowokować mnie do wieczornych zamyśleń, a także, być może, do analizy nietuzinkowych bo wyprowadzonych wprost z tynku odczuć estetycznych. Do kroćset! Mogłem przeżyć piękną przygodę intelektualną. Mogłem być niemal szczęśliwy.
Gdyby nie Ona.
I gdyby także (a przecież i to prawda) nie ta rysa, szpara, szpareczka. Ściana pękła dla muchy.
To pęknięcie mnie zagaiło, usadziło, unieruchomiło i zamroczyło. Ta nagła szczelina wciągnęła, wessała mnie wraz z łóżkiem i wtedy, gdy byłem już urobiony, ze szczeliny wynikł owad.
No bo czy jest możliwe by mucha ot, tak sobie, całkowicie bezmyślnie i zupełnie przypadkowo przycupnęła w tym właśnie miejscu gdzie powstała rysa w tynku, w którą to rysę trafił był przed momentem słoneczny promień?
I w ogóle skąd tak nagle słońce? Od pięciu dni leje jak z cebra, a teraz ni z gruchy ni z pietruchy promyczek i przez liście, przez szybkę i pac na ścianę i na rysę, kilka centymetrów od miejsca gdzie siedzi (czekająca już tam na światło) mucha.
Ku niej więc, dla niej te tumany złota. Bo ona tam, na pękniętym pilastrze i demonstruje całą tą swoją Złotoskrzydłość i Jaśnie Przycupność. Ale, cupie, więc jest. A będąc, zajmuje na tej ścianie, w tym pokoju, część mojej przestrzeni. Zajmując zaś podmiotowo, (choć wciąż milcząco i cupiąco) dzieli tą przestrzeń pomiędzy nas dwoje i w ten sposób mucha zaludnia mi pokój, który − choć jest wciąż de facto moim pokojem − to jednak już nie tak całkiem i nie tylko moim, a w każdym razie nie w takim stopniu moim, w jakim był, gdy obudziłem się dzisiejszego poranka.
Tak więc − myślałem dalej − nie ma mowy o żadnej muszo-ludzkiej czy ludzko-muszej koegzystencji w jednym pomieszczeniu na poziomie łóżka, czy też ściany. Tym bardziej, że owad, który tam z okolic rysy coraz bezczelniej mnie dotyczy, nie jest zwykłym, szarym, szeregowym ścierwo − lub gnojoosiadłym typem. Ta mucha, to uzurpator i anektator i to, że siedzi, nie znaczy wcale, że nie najeżdża i nie zawłaszcza. Przeciwnie. Jej uroda urabia mnie i ugadza na jej pobyt na ścianie. Jeszcze na ścianie, bowiem, gdy dam się jej uwieść, gdy pozwolę jej na cupanie, ona później − kto wie − może tu zamieszka na stałe, złoży gdzieś w szparze ohydne, żółte, lepkie jajeczka, a wtedy już tylko krok do rodziny, krewnych, odwiedzin, brzękania, świntuszenia na chlebie i na kołdrze. Brr!
I nagle myśl jedna, straszniejsza od innych, zrodziła się w mojej głowie i zapiekła wewnątrz czaszki straszliwym podejrzeniem. A jeżeli ona wie już coś o mnie, czego ja jeszcze nie wiem? Jeżeli mucha czuje w moim pokoju trupa?
Czuje trupa? Być może. Ale nie mojego!
W jedną dłoń ująłem słoiczek z miodem, w drugą ciężką szklaną popielniczkę. Tracąc niemal oddech uniosłem się z wysiłkiem do pozycji siedzącej. Trzask! Popielniczka wbiła owada w nową, znacznie szerszą tym razem szparę w ścianie. Łubudu! Słoik z miodem wystrzelił kilka centymetrów nad miejscem egzekucji, grzebiąc muchę, a raczej to co po niej zostało, pod zsuwającą się po ścianie słodką lawiną. No! Zamknąłem oczy i przeciągnąłem się leniwie. Jak cicho…deszcz zamilkł. Zapowiada się pogodny wieczór – pomyślałem, sięgając po papierosa. Na schodach usłyszałem ciężkie kroki Katarzyny. Będzie cholera, marudziła — przebiegło mi przez głowę i spojrzałem odruchowo na miejsce, gdzie niewidoczne, wprasowane w tynk spoczywały słodkie zwłoki muchy.
Wtedy je zauważyłem. Kilka lub kilkanaście małych, skrzydlatych cieni przesuwało się w stronę cieknącego po ścianie miodu. Niektóre wpełzły już w obszar słonecznego promienia. Rodzina. To już nie jedna, samotna sztuka. Jest ich siedem albo dwanaście, a każda siedzi i je. Jak na stypie. Po tamtej. Pierwszej.
Cupie i je.
Mucha je.
Muchaje.
Muchaje!!!