Intruz

Nagłe kroki w korytarzu… Głośne, ciężkie.

Ktoś przystanął pod drzwiami przedziału. Drgnęła klamka. Wiatr zatargał zasłonami. Drzwi zasunęły się z powrotem. Nie odwróciłem głowy. Wypadki toczyły się nazbyt szybko abym mógł cokolwiek pomyśleć, lub zareagować. Stało się. Ktoś był w przedziale. Przyduszony, nieco świszczący, przechodzący chwilami w lekkie charczenie oddech nie pozostawiał wątpliwości. Cicho, ale wystarczająco wyraźnie westchnąłem i powoli opuściłem głowę na lewe ramię, w kierunku okna. Niech myśli, że śpię. Nie chcę nikomu ułatwiać. Nie chcę rozmawiać. Ani słuchać. Poza tym skąd tu tak nagle ktoś i pomiędzy stacjami? Już się w swojej samotności zadomowiłem, rozparłem, porozwieszałem, zarzuciłem nogi na przeciwległe siedzenie. Przez chwilę czułem się swobodnie, niemal jak u siebie, aż tu nagle ten, ktoś, jakiś…Od ostatniej stacji pociąg przejechał pewnie ze sto kilometrów. Wszyscy, którzy wsiedli, dawno zdążyli rozlokować się w przedziałach.

Tymczasem cisza rosła, gęstniała, wypełniła część niezajętego przeze mnie przedziału i teraz poczęła wpełzać we mnie poprzez uszy, skórę i oswobodzone z butów stopy, spoczywające na sąsiednim siedzeniu. Milcząc zastanawiałem się, czy z miejsca w którym ten ktoś stoi, widać przetartą na pięcie skarpetę na lewej nodze. Nie mogłem jednak tego ustalić, a nawet przyjąć za prawdopodobne, albowiem nie wiedziałem, czy obserwator jest niski, czy  wysoki, spogląda na dół, czy do góry, oczy zasłania mu czapka z długim daszkiem, albo grzywa spadająca na oczy, czy też jest łysy i bez czapki; czy zwykł spoglądać dookoła wnikliwie i taksująco, czy na świat patrzy pobieżnie, ogólnie, mgliście i syntetycznie.

Przetarta i (co wciąż prawdopodobne) obserwowana skarpetka paliła mnie w miejscu przetarcia w nogę, noga w miejscu dziury – byłem o tym przekonany – zaczerwieniła się i zdradliwie napuchła. Do feralnej pięty dołączyły uszy, w których odczuwałem tętno, jakby wszystkie ważne węzły rozprowadzające krew po organizmie, zbiegły się w ich obrębie.

Czułem jak tamto, obce milczenie, sadowi mi się na kolana, wspina na plecy, przygniata twarz do szyby. Sytuacja z każdą sekundą wciąż bardziej mnie uwierała. Wyglądało na to, że ktoś, kto wszedł do przedziału, chce mnie wziąć na przetrzymanie, albo wręcz, za pomocą milczenia, z (mojego) przedziału wykurzyć. Że jest równie uparty jak ja, i że jest gotów obstawać przy swoim — użyjmy tego sformułowania — milczącym chamstwie do samego końca.

Ale wszak nie powinienem mieć sobie nic do zarzucenia. Ktoś wszedł do przedziału i nic nie powiedział. Nie przywitał się. Już od progu okazał się więc człowiekiem nieuprzejmym, a nawet aroganckim. Wszak to on mnie naszedł i naszedł zaplanowaną gdzieś pokątnie wcześniej ciszą i ciszę ową milczeniem umacniał, utwierdzał, dookolnie ustanawiał. Cichowłaz. Cichostacz. Czai się w swoim milczeniu, jak w przezroczystej kapsule, jak w dźwiękoszczelnym balonie — odizolowany, oderwany, wyniosły i wynoszący się z każdą chwilą na wyższy poziom nicniemówienia.

Sterczy pośrodku tego swojego bezsłowia i być może szykuje przeciwko mnie coś, z czym ani się zmierzyć, ani czego przemilczeć pomimo powziętych wysiłków nie mogę, gdyż — co jest prawdopodobne — mierzy w tej chwili do mnie paskudnym słowem lub niebezpiecznym pytaniem, na które nie znajdę właściwej, wystarczająco szybkiej odpowiedzi. A wszak milcząc uparcie, odsłaniam mu się, poddaję, podkładam, przydzielam czas na wybór sprzyjającego jemu momentu.

Tak więc wystawiam mu się bezgłośnie, proponuję siebie jako cel; ja — przed chwilą jeszcze jakby gospodarz przedziału — teraz milcząca ofiara pierwszego lepszego milczącego podróżnego.

Obejrzeć się, obejrzeć, teraz, zaraz — za chwilę może być za późno…

Ale… obejrzeć się to tak, jakby się poddać. Poddać w chwili, gdy być może wygrana była w zasięgu ręki, czy też właściwiej byłoby rzec — ucha. Poddać się, to pokazać, że jest się słabszym, mniejszym, w milczeniu swoim pośledniejszym.

Zaraz, ale jeżeli on myśli, że ja śpię? No, wtedy nie może być mowy o zwycięstwie. Ani też o walce samej. Muszę pokazać, że nie śpię, że czuwam od samego początku. Tak, tylko tak mogę tamto milczenie pokonać, zawstydzić, bez słowa za drzwi wyprosić.

Podniosłem rękę i — najnaturalniej jak mogłem — poprawiłem leżącego na stoliku Szaradzistę, po czym cofnąłem dłoń do poprzedniej pozycji.

Tak, teraz wie, że czuwam, że walczę i że nie odpuszczę, a przeciwnie — zbroję się podczas zmagań wciąż mocniej. Że zaparłem się nogami i rękoma, że okopałem w milczeniu i teraz, gdy wykonałem krok następny, który nazwać można prowokacją (jakże nonszalancki był ten gest, za pomocą którego przesunąłem Szaradzistę na stoliku), wie już, że pierwszy pola nie ustąpię.

Pociąg leci przez milczące pola.
Tamten milczy.
Milczy i milcząc wytwarza kolejne pokłady milczenia.
I ja wytwarzam.
I teraz jest już tak, że milczeć musimy.
Bo jest za późno. Minął czas, kiedy można było się odezwać, milczenie w żart obrócić…

Ależ, do cholery! Tak nie można! Być może tamten milczy, gdyż czegoś się wstydzi. Bo na przykład jest nieśmiały. Może jest bezradny, przestraszony, potrzebuje pomocy, podczas gdy ja milcząc uparcie, pomocy swojej mu odmawiam, a odmawiając zaprzeczam jakby swojemu człowieczeństwu, z którego wszak chwilami byłem przecież dumny.

Cóż to? Drzwi od przedziału poruszają się, czuję wiatr na karku, trzaska zasuwa.
Wyszedł.
Wytrzymuję z głową odwróconą do okna jeszcze kilka sekund po czym — nie bez obaw — odwracam się do drzwi.
Nikogo.
Zamknięte.
Pociąg przez las milczący leci.
Powoli podchodzę do wyjścia i wystawiam głowę z przedziału.

Pusto, cicho…
Gdzieś, w głębi pędzącego składu płacze dziecko…
Ty chamie! — krzyczę w głąb korytarza.