Kulas

Poleżę przez chwilę jeszcze na wznak.
Mam czas, mam cierpliwość.
Dlatego mniej cierpię.
Mniej niż inni, którzy w każdej pozycji wytrzymuję o połowę krócej ode mnie. Ten obok na przykład nie ma cierpliwości. Pół godziny, do czterdziestu minut na lewej stronie, jęk i przewrót na prawą. I odwrotnie. A gdy już obie strony odleży — zatrudnia plecy. Ale i tu niewiele więcej zyskuje. Kiedyś wytrzymał na wznak bez mała półtorej godziny. No, ale to tylko dlatego, że w międzyczasie zasnął. Ja bez spania leżę dwie godziny na każdej stronie.
A na wznak to i bywa, że trzy.
Jak się uprę.
Bo leżeć trzeba umieć. A jak się nie umie, to trzeba się nauczyć. Wszystkiego trzeba się nauczyć, co chce się robić w sposób właściwy. A właściwy sposób, to taki, który daje najwięcej przyjemności, albo najmniej boli, najmniej denerwuje lub najmniej przeszkadza. Niektórzy uczą się chodzić po górach, albo latać na motolotni; inni uczęszczają na jogę, albo chodzą na kurs motorniczego.
Ja uczę się leżeć.
To prawda, może ogólnie nie miałem innego wyjścia z tym leżeniem, ale gdybym nie chciał, to leżałbym tylko tak i tylko tyle, co inni. A ja się zawziąłem. Jeżeli mam już leżeć, to będę leżał fachowo, długodystansowo. Lepiej jest — myślałem — dobrze leżeć, niż źle stać. Lepiej jest leżeć z sensem, niż chodzić bez celu. Albo chodzić nie tam, gdzie trzeba. Ćwiczyłem się więc w tym leżeniu dniami i nocami. Cierpiałem, z bólu syczałem, łzy ukradkiem ocierałem, ale się uparłem, zaparłem, zawziąłem. Jeszcze pięć minut — myślałem, jeszcze minuta… I patrzyłem na zegar nad drzwiami. A wreszcie druga strona. No i plecy. A później… Jak przyjemnie, jak rozkosznie jest zmienić pozycję, gdy siły się już na którymś boku wyczerpało i można się obrócić. Nigdy tak nie doceniałem zwykłej zdawałoby się zmiany pozycji. Nigdy nie rozkoszowałem się tak pospolitym, odruchowym przekręcaniem się na drugi bok.
Bo przyjemność to właściwie można czerpać ze wszystkiego. Wystarczy tylko sobie czegoś wystarczająco długo odmówić, a później do tego powrócić. Po to właśnie odmówić, aby powrócić. I może to być najprostsza, najbardziej zwyczajna na świecie rzecz. No, na przykład – długo nie drapać się w swędzące miejsce. Bo jest taki odruch — swędzi noga, albo plecy (no, zwłaszcza plecy) – to się podrapię. No bo — wydawałoby się – po co zwlekać? Ale nie. Właśnie wtedy trzeba się zatrzymać. Pierwszemu odruchowi nie ulec. Poczekać, aż swędzenie stanie się przykre, dręczące, później bolesne. A wtedy, gdy już się chce z niewygody, z bólu, ze swędzenia krzyczeć, wtedy dopiero sobie pofolgować.
I tak jest ze wszystkim. Także z leżeniem. I same korzyści z takiego zmagania się ze sobą. Bo to to jest właśnie walka ze sobą; nie z czymś na zewnątrz, czy nawet wewnątrz ciała. Ale ze swoją głową. A jakie stąd korzyści płyną. Z takiego ciągłego zmagania. A ta korzyść największa, że później ulga jest duża. A większa to może nawet ta, że wytrzymałość wzrasta. Człowiek się hartuje.
A i później własnym hartem rozkoszuje.
To prawda – nie zawsze. Nie nad wszystkim można zapanować. Są i tacy, że pozycji sami zmienić nie są w stanie. Na mojej sali jest ich dwóch. Obaj mają uszkodzone kręgosłupy – jeden z wypadku na budowie, drugi ze skoku z wiaduktu do wody. Ci już nie mogą zmienić pozycji. Nie znają ulgi drugiego boku. Takiemu, co nie zna, to najwyżej zostało tyle, aby znaleźć powód do myślenia. Bo gdy już do myślenia powodu się nie znajdzie…
Ale gdy powód jest, to wtedy i myśli można na boki przewracać i podnosić i przerzucać jak piłkę, albo kamyki.
U mnie dodatkowo jest jeszcze satysfakcja, że to nie bok wybiera zmianę pozycji, tylko ja — to znaczy — moja głowa.
Bo tajemnica sukcesu tkwi nie w wyćwiczonych bokach i pośladkach, ale w głowie. Leży się przecież głównie za pomocą głowy. Bo najpierw w głowie trzeba sobie samo leżenie uzasadnić, a później przenieść je na plecy. Tak zresztą jest ze wszystkim. To głowa siedzi, głowa chodzi, głowa leży. Życie w głowie się zaczyna. I w niej się kończy. Przynajmniej tak być powinno. Bo inaczej to jest ciągły przymus. Człowiek żyje od impulsu, do impulsu.
To jest prawdziwy, ciągły terror odruchów.

Dobra, wystarczy prawej strony. Odwrócę się do ściany… Która to godzina? Do obiady czasu jeszcze jakby trochę. Zdrzemnąć się? Tak, z pół godzinki. Duszno jakoś. Niby tylko leżę, a się pocę. Odrzucę kołdrę, odsłonię kulasa. Albo oba kulasy. Oba… Właściwie to jest ich razem półtora; jedna gira ucięta powyżej kolana, druga cała, choć drewniana. Miała mnie podpierać, wspomagać, do domu zaprowadzić, a leży przypięta jak kłoda – bezczynna, bezwolna, zaspana powyżej kolana. Leży i czeka, aż drugą ciąć przestaną. Chociaż tak naprawdę, to nie ma już wiele w niej do cięcia. Kiełbasa na desce do krojenia, też kiedyś się kończy. Mówię kiełbasa, bo ją też tak ciachają – plastrami. Piąty kawałek zeszłej soboty. Jeszcze kilka centymetrów i dotrą do miednicy.
A niech tam, niech zwisa z łóżka. Niech drewienko na świat popatrzy. Może przyda się jeszcze – może podźwignie, z koleżanką z kulą jeszcze poniesie. Bo gdyby mieli nie kroić, gdyby zgorzel prześcignęli, jakoś przechytrzyli, to ona, ona jedyna oparciem mi będzie. A gdy już będzie, to będziemy sobie chodzili. Powoli i wszędzie – wszędzie, powoli, do woli.

Wisi, jak prawdziwa. Ładnie, porządnie zrobiona… Dopasowana, jędrna, jakby się dopiero urodziła. Wiem – będzie tak wisiała. I będzie czekała. Aż zasnę. Myśli, że nie wiem, że czeka, aż zasnę. Ale ja wiem. Jak tylko oczy zmrużę i o niej zapomnę, że tak sobie zwisa – zaraz poczuje w pięcie żywicę. A wtedy pokolebie się sama wprzód i do tyłu, zakręci lekko młynka palcami, rozprostuje strużyny i rozciągnie w sobie łyko… Poczeka, upewni się, że śpię, że nie widzę, i z pasków, ze sprzączek cicho się rozepnie. Postoi, posłucha, podrepce do wyjścia. Sprawdzi, czy pusty korytarz i schody, przesunie się zgięta obok portierni i już za drzwiami. Już paluchem trawę bada. A ziemia kusi, w podeszwę łechoce. Wilgotnych źdźbeł gąszczem do płotu, do furtki; w krzaku się przyczai, powiew w goleń złapie, palcem kamień zmaca, cupnie, spręży łyko… I hop! I przez siatkę, na chodnik ze stukotem!
I już wyzwolona, już bije w bruk stopą. I leci!… Kopnie kota, dziecko po drodze zaczepi. Chłopcu, co do domu spieszy nogę podstawi. Puszkę starą wprost w okno z chodnika wykopie. Na czerwonym świetle przez przejście przebiegnie i dalej pomiędzy psy i przechodnie. I pęd wzmaga, sus dalszy spod stopy wysuwa. Już wiatru nabrała, rowery prześciga i dalej, aleją, między żywopłoty. Park ciągnie, krzew kusi, listowie zaprasza. Między nogi i koła, tam, gdzie piłka śmiga. Kopać, skakać, prześcigać, kuksańce rozdawać.

A tam tłum, tam impreza, tam koncert, estrada!
Dzieci na wskroś przebiega, między nogi wpada!
Potyka się, leży i znów się podnosi,
i leci, na palcach trawy źdźbła unosi.
Po kamiennych schodach, kłusem i galopem,
to na palce opada, to spada na stopę!

Scena ci ją kusi. Ku niej się podkradnie. Za filarem przycupnie. I patrzy, i widzi te wszystkie golenie, pięty, co śmigają przed nią i stopy w rytm muzyki wyrzucane w górę. Młode, jędrne ścięgna; chyże, śmigłe…
I czeka… Gdy przerwa, gdy muzyka cichnie, ona na scenę przed publikę sunie.
I milkną siedzenia, zdumienie się szerzy, setki twarzy, tysiące oczu patrzy już na scenę. A ona, mój kulas, moja ci proteza, w światła reflektorów wskakuje i staje. Szmer rzędy przebiega, palcem pokazują, trącają się wokół i milkną. Dziecko jakieś płacze… i tylko szmer liści nad parkiem. A ona na palce – baletnica – staje, a z palców na piętę, ćwiczy staw i ścięgno… Nie spieszy się, umie wykorzystać ciszę, uwagę na siebie ściąga i odwleka… I nagle z orkiestry ktoś za skrzypce łapie, ton jeden nieśmiały wypuszcza i milknie, lecz drugi podpiera go z boku, frazę całą wyrzuca, i trzeci; fortepian ożywa – tnie glissandem liście

– i już się perkusja do rytmu zabiera,
saksofon się budzi, gitarę podpiera,
która przez megafon gamy całe strzela…

Dla mojej to nogi, te całe zachęty,
a ona kolano przygina do pięty,
napina strużynę, włókna w warkocz splata
i palcem przed sobą pyłek drobny zmiata.

I już drgnęła, dygła, już kręci obroty,
tempo podchwyciła, pociągnęła motyw
i do rytmu sunie poprzez scenę bokiem,
podbiega do rampy, wraca jednym skokiem,
na środek, gdzie światła i skąd tan powzięła,
gdzie pierwszym zapląsem występ rozpoczęła.

Przystaje, jak gdyby w niepewności, czeka,
lecz sztuczka to tylko, tak artysta zwleka,
widząc, że emocja wspólna rzędy łączy,
zatrzymuje słowo, lub gest nagle kończy,
i zawiesza chwilę na tętnie gawiedzi,
lecz uchem i okiem bystrze widza śledzi,
aż wybierze moment i ożywi fale,
by spadła wzruszeniem na zamarłą salę.

Już bije staccato w deski, szczudło żywe. Drewnem w drewno, sękiem w sęk łupie i nabiera tempa.
Z kolana na palce, z palców na kolano i w górę, i salto, kręci piruety. Patrzcie no – solistka to ci niedościgła. Klamrami furkocze, zapięciami takt bije, zwalnia, nagłe zwroty bierze – brawo, brawo! – krzyczą – to sceniczne zwierzę! To kunszt najprawdziwszy, to taniec nad tańce! Dalej, dalej! Tłum wstaje – wiwat, wiwat – krzyczą, niech żyje, niech żyje proteza!

Wyzwolona z dziada, co jej ciążył w górze,
Tłum porwała tutaj, drewienko nieduże,
wydłubane z pala, by zstąpić nogę,
przebiega jak fryga drewnianą podłogę,

Ta, co była zwykłym buczynowym klocem,
Przed tłumem ujawnia czarodziejskie moce,
Która resztką była, kadłubkiem, dodatkiem,
pniem tylko bezdusznym sterowanym dziadkiem,

– zachwyca, uwodzi, zapala, czaruje,
Lecz… nagle, pod stopą scena drży, wibruje…

Czuje drzewo w desce, czuje sęk w podłodze,
sęk się z sękiem brata, sęk tkwi także w nodze.
Wietrzy w desce krewnych, wyrżniętych w dłużyce,
Siostra pod nią stęka i jęczą rodzice.

Płaczą pod nią włókna gwoździem wskroś sprzęgnięte,
i tkanki pod bejcą w bezdechu zamknięte,
odcięte ramiona i głowy i nogi,
każdy słój skrzypnięciem woła spod podłogi.
I pada bezwładna nad umarłym lasem
już nie balerina, znowu jest kulasem.

I spełza ze sceny i słania się blada,
już tylko chce wrócić i przylgnąć do dziada.