Mędlec

Duszno.
I tłoczno.
Dobrze, że zająłem wcześniej miejsce. Moje miejsce. No, prawie moje, bo formalnie to każdy może tu usiąść, ale nieoficjalnie, z racji tego, że ja siadam tu od 12 lat, jest to miejsce bardziej moje, niż kogokolwiek. Trochę bardziej w prawo, czy w lewo, nie robi różnicy. Ogólnie jest to środek ławy. Piątej ławy licząc od głównego krzyża.
No tak, są tacy, którzy nie wiedzą, że ja tu siadam, ale są to przeważnie przyjezdni, albo ci z początkami Alzheimera. Są też tacy, co robią mi z różnych powodów na złość. Bo z ludźmi to nigdy do końca nie wiadomo. Nawet w bożnicy potrafią być niemili, zawistni, przebiegli. Tak więc, choć wiedzą, że miejsce moje, a przyjdą wcześniej i zajmą.
Dlatego właśnie, że moje.
W ogóle to siedzenie w kościele powinny być przyznawane honorowo i – powiedzmy po pięciu latach regularnego przychodzenia na mszę – przydzielane najbardziej wiernym wiernym na stałe. Bo przypałęta się taki po raz pierwszy, a choćby i dziesiąty i pcha się, gdzie oczy niosą. Spóźnisz się chwilę, patrzysz – zajęte. Bóg też lubi (tak myślę), gdy najwierniejsi są na swoich miejscach, tak, że gdy tylko z góry zerknie, widzi ich tam, gdzie ostatnio byli.
Miejsce do Boga trzeba sobie odpowiednio cierpliwie wysiedzieć.
I wyklęczeć.
Przesunę się trochę w prawo… A ten gdzie! Siedział cały czas bez ruchu i mędlił coś pod nosem, a teraz ciągnie zadkiem w moją stronę. Nowy jakiś… A jaki bezczelny… rozpanoszony, jakby siedział w swoim kościele i miał prawo do całej ławy. Mały, w dodatku kaprawy. Pewnie nie wie, że tutaj siada najwierniejsza część parafii. Miejscowi wiedzą i nikt nie pcha się w te kwartały bez pytania. No, chyba, że – jak mówię – ktoś po złości, albo przyjezdny.
Mój Boże, po co na świat powołujesz takie kreatury? Czy oni są na obraz Twój i podobieństwo? Wiem, wiem, masz w tym jakiś cel i nie mnie oceniać Twoje decyzje… Ale wszak to skaranie Boskie…
A to najczęściej w parze idzie – pokraczność i bezczelność. Oczka takiemu latają na lewo i prawo, łeb w szyję wbity, plecy pochylone… I zawsze się taki jakoś skrada … Niby idzie, a się skrada; na pozór patrzy, a podgląda; zdawałoby się – mówi, a zęby mu się do gardła rozmówcy sposobią, chociaż jęzorem liże buty.
O ile tylko buty…
Skąd się tutaj taki… Portki pomięte, pazury brudne, gęba nieogolona. Nigdy go w naszym koście nie widziałem. Ani na ulicy.
Zapamiętałbym.
Wyjmuje chusteczkę… Wygląda to raczej na skrawek szmaty do podłogi. Będzie smarkał? Co za bezczelność! Kto smarka w taki sposób w bożnicy! W kościele smarka się inaczej, niż w bramie, czy na chodniku. Kościół ma swój rytuał smarkania. A także kichania. W kościele nie wali się z nosa, jak z armaty, tylko delikatnie i z pewnym namaszczeniem. W blasku świec, w pobliżu ambony, w obecności witraży i tabernakulum – smarka się z wyczuciem.
Tam krzyż i kadzidło i Męka Pańska – tu ordynarny wysięk z brudnego nochala. Poza tym nie opróżnia się nosa wtedy, kiedy się chce, ale wtedy, gdy zaczną to robić pierwsze rzędy. Nosy w kościele opróżnia się falami, grupami, albo kwartałami. Nigdy indywidualnie. Tak też należy kasłać – zawsze za kimś, nigdy przed.
I zawsze jest ktoś, kto jako pierwszy uruchamia odgłosy, kto daje sygnał, że kasłać, kichać i wycierać nosy już można. I wtedy leci fala kichów i kasłów, wtedy można się wiercić i szeleścić. Jasne, że to niełatwa sztuka i że trzeba całych lat, aby taki system opanować. Ale warto się uczyć, warto starszych i bardziej obytych w celebrze słuchać.
Co za fizjonomia − zarośnięta, szara wymięta… I nos, a właściwie nosisko – całe w sinych plamach, oplecione żyłami, z kłakami wystającymi z obu otworów. Nochal biesiadny, pijacki; kinol sybaryty, opoja, gbura i prostaka. Nos jak przegniła cukinia, lub sparciały kartofel. Nos obrażający mszę, kapłana i Boga samego. Taki nos nie powinien otrzymać rozgrzeszenia. Nos taki, to ciężki, odrażający, bezczelny grzech na twarzy. To wrota do piekła. To kadź wypełniona siarką i smołą.
Ale gdyby ten dziadyga kończył się na nosie… Gdzież tam – nos, to dopiero początek…
Ale, ale – zaczyna się.
A ta co wyprawia? Zamiast klęczeć, siada? Zdurniała? Coraz z nią gorzej. W zeszłym tygodniu śpiewała inną pieśń, niż cały kościół, a jeszcze, jakby tego było mało, brała górne rejestry tak głośno, że sam organista kilka razy spojrzał na dół, badając, kto tak jęczy. Koloratura operetkowa, a głos jak piła tarczowa. I fałsze, same fałsze. Wiem coś o tym, bo grałem w zespole na gitarze akustycznej.
Nie lepiej było zostać w domu? Żona farmaceuty, a nie ma lekarstwa na głowę. Mąż oszczędza i każe jej we własnej aptece kupować, ale starucha nie ma grosza, bo wyszła za niego dla pieniędzy właśnie. Kiedyś to owszem – całkiem atrakcyjna była – cycata, wygadana… Dzisiaj pod sześćdziesiątkę, bęben ją rozsadza, za to głowa puścieje. A stary trzyma się jak mało kto w jego wieku. W tym roku kończy osiemdziesiąt siedem. Nic z niej nie ma, a jeszcze doglądać musi. Nieraz bywało, że wyszła z domu i trzeba ją było, wraz z sąsiadami szukać po całej okolicy.
Aptekarzowa.
Brakowało środków na antykoncepcję i kasy na usuwanie kolejnych ciąż. Pięcioro dzieci. W tym dwoje przy życiu. Można powiedzieć, że tych dwoje przeżyło tylko częściowo, bo jedno, starsze, ma porażenie mózgowe i siedzi w wózku, a drugie – 17 letni Władek – od roku w więzieniu. Bandyta. Na księdza napadł z kolegami. Zbili proboszcza, okradli, na koniec rozebrali, wyciągnęli w pole i tam, w samych gaciach, w kartoflach zostawili. Dobrze, że było lato. Łobuzy założyli maski, ale księżulo rozpoznał Władka po wybitych z przodu zębach i tatuażu – na lewej dłoni miał wykłutego diabła z czerwonymi rogami.
Ech, głupi on, jak i jego matka.
I po co to chodzi do bożnicy? Miejsce w ławce zajmuje, wierci się, mszę psuje… W dodatku burczy jej głośno w brzuchu i nie trzyma gazów. Oby w przyszłym tygodniu pomyliła drogę i poszła na mszę do Biedronki, dwie ulice dalej.
Może by ją wtedy odstawili do wariatkowa.
Uff, te kolana. Nie sposób normalnie klęczeć. Przesiedzę. Dotknę tylko klęcznika. Muszę do lekarza, a może najpierw do aptekarza.
Cześć i chwała bądź wiecznemu… – czy ona nie umie śpiewać równo z nami? Mogłaby obserwować innych, to by się w tempie utrzymała.
Bogu w Trójcy jedynemu… – stary, odwróć gębę w stronę ambony, bo z pyska ci wali. Na co się gapisz? Na mnie? Szukaj Boga. Z przodu szukaj.
Jak gorąco.
Trzeba dzisiaj przewietrzyć mieszkanie. Jest okazja. Dawno nie było tak ciepło. A może i umyć okna. Jadźka Nowakowa myje, co sobotę. Ale ona ma siłę. Młoda jest, jędrna, no – może nieco grubawa, ale – nie, raczej masywna, niż grubawa. No, taka to może myć codziennie. No i zawsze wydekoltowana. Bluzka rozpięta, spódnica podwinięta… Ech, mogłaby raz umyć u mnie. Od śmierci męża, tego pijaczyny Kazika Alota, nikt jej z innym nigdy nie widział – ani w domu, ani na ulicy. Marnuje się taka, wyżywa na oknach, nocami pewnie poduchę udami ściska, a drugiego do siebie nie dopuści. Próbowałem i ja, a jakże, pomimo żem starawy. Ale myślę sobie: ona wdowa, ja wdowiec, ona groszem nie śmierdzi, ja mam trochę uskładane. Zadbany jestem, spokojny, do kościoła chodzę, wódki nie piję i w ogóle nałogów żadnych wyraźnych nie mam. Na jej miejscu to zaraz po śmierci męża zwróciłbym na mnie uwagę.
Ale gdzież tam. Ja do niej o herbacie i – delikatnie – o pomocy w domu, a ona, ze śmiechem żebym nie śnił, bo od chłopów się na zawsze odcięła. Owszem – mówi, zagada, pozdrowi, nawet poplotkuje, ale to wszystko. Z chłopa – mówi – to świnia zawsze wyjdzie. I z każdego. Z początku umią – mówi – słodzić, a później budzisz się któregoś ranka, a obok ciebie wieprz leży. I ani z domu go wygonić, ani ubić nie możesz, bo do ciupy wsadzą.
Oho! – taca. Gdzie ja mam drobne… A ten klęczy. Podniesienie – klęczy, kazanie – klęczy, śpiewanie – na kolanach. Protezy ma, czy co? Jak on tak w jednej pozycji i na kościach wytrzymuje? Jeszcze nie widziałem, żeby ktoś przez 30 minut nie podnosił się z klęczek.
Prawdę mówiąc od prywatnego klęczenia, to są godziny wieczorne. Można sobie przyjść po mszy, po obiedzie, albo po kolacji i klęczeć do woli. Jest msza, jest porządek. Tutaj jest system, logika klęczenia. Wszystkich obowiązuje. Ktoś te msze przemyślał, zaprojektował, rozstawił wszystkie rzeczy ziemskie i niebiańskie w odpowiednim czasie, po kolei, wedle ważności, sensu i znaczenia. Wszystko ma swoją porę, swoje słowo i ruch każdy wyznaczony.
Wcale się nie kwapi do wrzucenia czegoś na tacę – przeciwnie, łeb pochylił i mędli coś pod górną wargą.
Mędlec.
Powiem mu, że taca jest. Bo może nie widzi. Niech się ocknie, niech usiądzie jak człowiek i poszuka w szmatach pieniądza. Niech nie udaje większego wiernego, niż wszyscy inni w kościele. Łask specjalnych się doprasza, to niech przyjdzie po godzinach, a wtedy to nawet niech leży pomiędzy ławkami.
Nie reaguje… Śpi, czy co? Nie, mlaska i coś gada. Może – kto wie – bluzga na ludzi, na proboszcza, na Boga? Może klęczy jak pustelnik, a pod kapotą diabła trzyma?
Bo przy wejściu to powinien jakiś stać i patrzeć, kto do środka wchodzi. Szczególnie dzisiaj, gdy w modzie bomby i karabiny. Wejdzie taki jak do siebie, przy wejściu łapy w święconej wodzie umoczy, właduje się do nieswojej ławki, a później wyjmie spod płaszcza obciętą dubeltówkę i zrobi masakrę. Tak, ktoś powinien takich odsiewać. Dziady to mogą modlić się w domu. Albo w bramie, na półpiętrze, lub na strychu. Jak się chce, to się zawsze miejsce znajdzie. Tak, czy siak Bóg zobaczy i modlitwę doceni.
O, rusza się! Pewnie zaraz usiądzie. Wyklęczał swoje za kilka niedziel. Kiedyś to bym go w klęczeniu zakasał, ale dzisiaj… Nie te nogi, nie te plecy. Zresztą, kto wie, może ma pod spodniami ochraniacze na kolana i stąd bólu nie czuje? Chodzi po kościołach i przeklękuje innych, aby pokazać wszem i wobec, że siłę ma w nogach, bo jest w wierze swojej mocniejszy, bardziej stabilny, bardziej wytrwały. Chodzi po bożnicach i chwali się tym swoim klęczeniem, i prowokuje, i denerwuje.
Jestem dziad, a klęczę lepiej od was – tak kolanami dokoła gada.
Jestem biedny, brudny, głodny i bezdomny, ale w klękaniu nikt nie da mi rady. Nikt mnie nie przetrzyma, nie przegoni. A Bóg patrzy tam, przez kopułę na mnie i widzi, jak klęczę. Widzi i po kolanach wytrwałych mnie głaska. A niekiedy to i głaska po głowie. Albo po plecach. Całego mnie głaska. Mnie wyróżnia i mnie przygarnia. Nic mi w życiu nie zostało, oprócz wytrwałego klęczenia. Jeżeli z decyzji Boga wszystko w życiu utraciłem, dom, pieniądze i przyjaciół – mogę teraz (także z woli Pana) oprzeć resztę życia na tych dwojgu kolanach, którymi na zakątek w Raju zasłużę.
Tak więc klęczę, bo poza klęczeniem, nic więcej nie mam. Jeżeli Bóg mi odbierze siłę w kolanach, będę klęczał na łokciach, albo na plecach. Świat dla mnie jest klęcznikiem. Świat jest bólem kolan. Moje życie jest błaganiem. Ale nie ludzi. Boga błagam i o jego litość zabiegam. O jutro proszę w jego cieniu, choćby i gdzieś na krawędziach Wieczności, na peryferiach Nieba, pomiędzy światami, tak, aby nikomu nie przeszkadzać, nie zawadzać, w drogę nie wchodzić.
No bo jeśli trzeba, to i w niebie klęczał będę. Jeśli Bóg tak zechce – spędzę wieczność na kolanach. Aby w cieple i bez głodu.
Uff – jeżeli ten dziad tak myśli, jeśli myśli w taki sposób, to na Bogu wywrzeć może wrażenie. Przyznaję, że i na mnie to jego myślenie niemałe wrażenie robi.
Ale wszak to myślenie moje. Moje i niczyje inne. To ja dziadowi wsadzam do głowy te wszystkie słowa. To jasne, że gdybym był na jego miejscu, tak właśnie bym myślał. Ale tam, obok, to nie ja klęczę, to klęczy łachmyta, a może i szubrawiec.
Dziadyga nie myśli i nie mówi. Dziadyga memła. I mędli. I nie wiadomo, czy sam wie, co mędli.
Bóg ceni czystość nie tylko duszy, ale i ciała. Niechlujstwo jest grzechem. Tak, jak lenistwo. W mieście są pompy, można się umyć, za miastem płynie strumyk, można szmaty swoje poprać. Zresztą ten brudas – gdy mu się lepiej przyjrzeć – nie jest jeszcze taki stary. Mógłby złapać jakąś pracę, w rzeźni, w tartaku, czy ja wiem… Bieda nie usprawiedliwia smrodu. Nędza nie musi odrażać – przeciwnie, może być dumna, może pachnieć, choćby szarym, mydłem, może być wzorem dla prawdziwego chrześcijanina; takiego, co to zapomniał, że ubóstwo jest stanem przez człowieka wierzącego najbardziej pożądanym. Jest stanem przez Boga wskazanym.
Siedzi, a właściwie klęczy, jak menda na…
I mędli.
Duszno. Smród z każdej strony. Tylko od przodu perfuma. Ale co to za perfuma – odór wzmaga. Podrabiana lawenda zmieszane z płynem do toalet. Stara kwoka chyba cały flakon na łeb wylała. Przez tydzień nie wyłazi z domu, a w niedzielę wstaje o 5.30, aby zrobić się na mszę. Jeżeli w raju tak ma pachnieć, to ja wolę do czyśćca. Dodatkowo tak zawsze łeb natapiruje, że ambonę zasłania.
A ten klęczy jak do deski przybity.
I mruczy.
A bardziej mędli.
Może chrapie.
Śpi może…
Nie, jednak mędli.
Więc śpiewam raz jeszcze Bóg jest miłością… – co to? Kto do diabła tak głośno…
Bóg jest miłością, miłuje mnie… – ktoś włączył radio? Nie, dziad, dziad śpiewa. Wstał z klęczek i śpiewa. Wciąż głośniej, mocniej, odważniej. Co za głos, jaka moc się spod tych łachów dobywa!
Już innych zagłuszył. Już kościół cały na niego patrzy. Nigdy nie słyszałem czegoś podobnego! Dziadyga rośnie jakby ponad miarę, a głos potężny, spiżowy, dzwonowy, pod kopułę leci. Organista przerwał granie i na dół spogląda. Cisza w kościele. Nikt nie śmie już głosu używać. Wszyscy milczą i patrzą na solistę w łachmanach. Ale to nie on już, nie mędlec, nie dziadyga. Wciąż rośnie ciałem i głosem spiżowym kościół wypełnia. Wyprostowany, dumny, głowę do tyłu odrzuca i dźwięczy niby cały chór dzwonów.
Twarz jasna, młoda, długie włosy spadają na ramiona.
Jest ci to On – Wybraniec tu, pomiędzy nami? Z ciała spadają brudne łachmany, tylko przepaska na biodrach zostaje.
Unosi się nad ławą i śpiewa i płynie i blaski jak zorza wokół roztacza.
Jezu, Jezuniu – Pan w naszej bożnicy!
Już kościół cały buchnął na kolana. I krzyczą i płaczą… Ten i ów pada w sąsiedzkie ramiona. Ta i owa dłoń pobliską całuje. Stało się, stało się w naszym kościele! A On, ze sromu szmat już wyzwolony, płynie nad tłumem ku wyjściu, a płynąc – śpiewa.
Hosanna, Hosanna!
Ktoś z młodych podbiega zdjęcie z Nim chce zrobić. W rękach telefony, ktoś dąży doń z gałązką palmową. Tam inwalida na wózku za nim pomyka; ktoś odrzucił kule, w taniec się rzuca!
A On przez bramę na zewnątrz wylata, w powietrzu srebrnieje, nad dachy się wzbija… Macha ku nam i błogosławi!
Szmaty, odzież, szaty zostawił… Trzeba coś urwać, zabrać, zachować.