Niedopałek

Stacja Zawadówka. Poczekalnia. Godzina 21.53.
Pusto.
Cicho.
W rogu wysoki biały piec z kilkoma odłupanymi kaflami. Wybita szyba. Na parapecie, pod dziurą w szkle, mały pagórek śniegu. Smród niedopałków. Kilka petów na brudnej podłodze. Chłodno. Jedyna, gęsto poplamiona żarówka obnażająca nieudolnie, cale nieubłaganie brudne zakątki. Elektryczny zegar. Pod nim rozkład jazdy.
Okratowane, zamknięte na kłódkę okienko kasy. Pod ścianami dwie mocno zdezelowane ławki. Przysiadłem w rogu w pobliżu pieca, który okazał się być zresztą całkiem zimny. Z tablicy odjazdów wynikało, że najbliższy pociąg odjeżdża w stronę Lublina za półtorej godziny.
Byłem wściekły. Spóźniłem się niecałą minutę na wieczorny pociąg do Trawnik. Gdy wchodziłem do poczekalni, słyszałem jeszcze oddalający się gwizd parowozu. Sekundy, cholera, niemal sekundy. Gdyby nie ta śnieżyca! Znów zbłądziłem w lesie. Ale tym razem jeszcze fatalniej. Zgubiłem latarkę, wpadłem w zaspę, miałem mokre nogi, a przy tym nie miałem nic do czytania. Ani do pisania. A także do jedzenia. Na spanie też nie było szans. Zbyt chłodno. Ławka twarda. Ponuro, groźnie nawet.
Te mało radosne konstatacje puchły mi w głowie, wypełniając mózg narastającą świadomością bezradności. Czułem jak czas przetacza się przeze mnie leniwie i ciężko jak walec drogowy i wciska mnie coraz głębiej w róg pomiędzy piec i ławkę. A jakby nie dość na tym, nieznośną już teraz atmosferę zniechęcenia uzupełnaić poczęły inne jeszcze myśli i konstatacje – zdawałoby się drobne, a nawet drobniutkie – które (jakby właśnie poprzez swoją znikomość) z łatwością wsączały się w coraz to głębsze strefy mojego i tak już zrujnowanego nastroju.
Tak więc skulony i kulący się wciąż bardziej pod ciężarem pęczniejącej wokół beznadziei, zagłębiony w murokaflową wnękę, otoczony strefą ponad 120 minutowej pustyni oczekiwania, przypomniałem sobie nagle, że wczoraj przy śniadaniu, podczas jedzenia chleba ze skwarkami, wyleciała mi plomba z zęba.
Natychmiast też w dolnym trzonowym, pozbawionym z powodu skwarka wypełnienia, poczułem lekkie ukłucie, a następnie mrowienie i powolne pulsowanie krwi. Gdzieś tam, we wnętrzu jamy ustnej, w głębi kościanego ubytku, czaiły się ból, męka i cierpienia. . Jak i ja skurczone i zziębnięte podczas samotnej wędrówki poprzez las i pole, budziły się teraz w cieple i podczas gdy ja marzyłem o drzemce, one w narastającym stukocie tętna przeciągały się powoli i tajały rozlewając się bez pośpiechu po dziąśle, wpełzały na język, zawłaszczały okolice twarzoszczęki.
I gdy ból tam tak sobie rósł i rozprężał się i przeciągał w gębie leniwie, wyspany i wypoczęty, rzec by można, przygotowany do działania i budząc się niespiesznie zaczynał dokonywać we wnętrzu mojej twarzy kolejnych bolesnych zawłaszczeń, ja kurczyłem się, ubywałem, chowałem w siebie chcąc w ten sposób umniejszyć obszary bolesnych aneksji. Ale on już wpełzał w nowe rejony; ząb chory, ząb zdrowy, dziąsło, język, ucho, lewa strona gardła. Po chwili poczułem, że drży mi niespokojnie prawa powieka, a na czoło występują kropelki potu.
Nagle zapragnąłem papierosa.
Wsunąłem rękę do kieszeni, w której spodziewałem się natrafić na paczkę Radomskich, ale w tym samym momencie uświadomiłem sobie, że przed trzema miesiącami rzuciłem palenie.
Gest ów sprawił mi przykrość. Tak jakbym odkrył w sobie coś wstydliwego. Miałem nadzieję, że udało mi się wyzbyć już owych odruchów, które – wydobywające się ze mnie, czy to prywatnie, czy publicznie – zmuszały mnie do tuszowania ich, zasłaniania, lub odwracania od nich ogólnej uwagi. Budziły też we mnie poczucie strachu przed nikotynową słabością mogącą nadwyrężyć dotychczasowe sukcesy silnej woli, których oznak i symptomów na innych polach szczerze mówiąc, nigdy mi nie brakowało.
Bo przecież tak naprawdę nie byłem wcale pewien, co bym zrobił, gdyby moja ręka natrafiła w kieszeni na paczkę z papierosami. Naturalnie mogłem sobie teraz wmawiać, że gdybym przypadkiem miał w kieszeni papierosy, to po prostu (no, może po krótkiej chwili wahania) pozbyłbym się ich kładąc na przykład paczkę na blacie okienka od kasy, by później patrzeć jak tam sobie leżą dalekie mi i obojętne, bo już nawet nie wstrętne, a ja, choć zniewolony bólem, to jednak silny i z siły tej spokojny, buduję w sobie i umacniam zdrową dumę czystego oddechu.
Scenariusz ten podkładał mi się jednak nazbyt lekko nawet jak na moją, łatwą do uwiedzenia, próżność.
Gdyż mogło być inaczej.
Oto znajduję w kieszeni papierosy i gestem wprawnym, przez całe lata wypracowywanym, przypalam sobie jednego, zaciągam się, nasączam dymem, wzbieram haustem raz i drugi albo nawet trzy razy pod rząd, aż dym rozejdzie się po płucach i oskrzelach, wniknie w krew, dotrze do mózgu, zakłębi się gdzieś pod korą i ciepłym tumanem narkotycznej mgły wyciszy strefy mentalnych, a przede wszystkim fizjologicznych doznań, łagodząc – nieznośniejszy coraz – ból zęba.
Ta tragiczna możliwość tkwiła wszak we mnie i prawa ręka, ta, która przed chwilą jeszcze penetrowała zewnętrzną kieszeń marynarki, odsłoniła mi ów fakt z całą wyrazistością. Zbyt łatwo, zbyt szybko wjechała mi ona w kieszeń. A goryczy tak łatwej przecież porażki nie mogła złagodzić mi nawet świadomość faktu, iż w ostatecznym rozrachunku pozostawałem wciąż jeszcze w stanie abstynencji, gdyż abstynencja ta wydawała się zależeć jedynie od przypadku. Tak zresztą jak i ból zęba, na który nie miałem żadnego wpływu.
I nagle zrozumiałem, że nie wytrzymam.
Odpuściłem, wyluzowałem, wyrównałem oddech, wstałem. Z dziurawioną bezkresnym bólem dolną żuchwą, drżąc ze wstydu i emocji, a także z niecierpliwości, podszedłem do jednego z większych niedopałków leżących na zabłoconej posadzce. Już się schylałem, by go podnieść gdy o dwa kroki dalej dostrzegłem innego, znacznie większego i mniej ubłoconego peta. Znad niedopałka unosiła się cieniuteńka strużka dymu. A więc żył jeszcze. Ręce mi dygotały gdy ujmowałem w dwa palce żarzącego się Carmena. Papieros był niemal cały. Widocznie ktoś spieszący do nadjeżdżającego lub stojącego już przy peronie pociągu rzucił go i pobiegł w kierunku wyjścia z poczekalni.
Musiał to być ktoś czysty, elegancki, zapewne ogolony. Bardzo możliwe, że był to niedopałek dojeżdżającego dwa razy w tygodniu do wioski lekarza weterynarii z którym rozmawiałem w piątek przed sklepem. Tak, to wielce, to nawet bardziej niż prawdopodobne. Pamiętam, że ów weterynarz podczas rozmowy ze mną stał przy ławce z nieprzypalonym Carmenem w ustach i że w pewnej chwili zapytał mnie o zapałki. Powiedziałem mu, że nie palę i dodałem, że nie palę od trzech miesięcy, na co on westchnął i zwierzył mi się, że też by chciał rzucić palenie, ale wciąż mu się to nie udaje. Czasy nerwowe, żona choruje na mięśniaki, a on łapie każde zajęcie by utrzymać rodzinę. A w domu dwójka dzieci w wieku szkolnym. Więc rzucić palenia teraz nie może, ale jak tylko poprawi mu się sytuacja i złapie nieco finansowego oddechu, to zaraz rzuci. Bo to nie jest wcale takie trudne. Wystarczy odrobina silnej woli i jakaś stabilizacja. Mentalna i finansowa, co zresztą silnie od siebie zależy. A tak w ogóle to mnie podziwia i następnym razem zaprasza na lampkę wina.

Tak więc niedopałek, który trzymałem w dłoni, był niedopałkiem człowieka wykształconego, lekarza. Taki pet jest innym petem, aniżeli niedopałek chłopa, ślusarza czy zawiadowcy stacji.
Wróciłem na ławkę. Usiadłem. Włożyłem papierosa do ust i przymknąłem powieki. Pociągnąłem lekko, wessałem w siebie odrobinę dymu i wypuściłem na zewnątrz. Nie spieszyłem się, chciałem mieć pewność, że papieros nagle mi w ustach nie zgaśnie. Teraz, gdy rozżarzył się, zarumienił, nabrał mocy, ponownie wyciągnąłem z niego obfitą chmurę. Przez moment trzymałem ją w ustach, a następnie wypełniłem powoli i systematycznie gorącym haustem gardło, płuca i oskrzela. Zablokowało mi oddech i pociemniało w oczach. Poczekalnia zawirowała wokół zęba.
Ból zelżał. Ale tylko na moment. Po chwili zaatakował ponownie. Jeszcze mocniej. Zaciągnąłem się jeszcze raz i jeszcze… Wszystkie sztachy na jednym wdechu. Chciałem wyprzedzić ból, zdławić go, zdusić, zatruć, zniszczyć zanim na powrót zdąży przewiercić na wylot dziąsło, twarz i głowę. I nagle poczułem jakby walnięcie w okolicy skroni. Wydawało mi się, że rozpędzona lokomotywa przelatuje z hukiem przez poczekalnię i wjeżdża z gwizdem prosto w moje usta, aby, urwawszy część twarzoszczęki, przebić się przez przeciwległą ścianę unosząc na zderzakach resztki uzębienia i rozsiewając po polach fragmenty tkanki mózgowej. Zacisnąłem dłonie na głowie i zacząłem krzyczeć. Gdy zaczęło mi brakować tchu, ból nieco zelżał. Był to jednak tylko pozór, bo oto w obrębie tego fragmentu twarzy, który mi jeszcze pozostał, rozpalił się cały piec cierpienia. Pozostałe w twarzy zęby zmieniły się w słupki rozżarzonego metalu, które topniejąc wyciekały mi z ust i spływały strużkami po brodzie i szyi kapiąc na nogi i buty. Czułem swąd palonego ciała. Po poczekalni rozszedł się jakby zapach świeżo wytopionych skwarków.
Miałem wrażenie, że cała głowa zamienia się w martenowski piec, a usta to rynna, którą spływa na posadzkę gorąca surówka stopionych zębów. Oto spłynęła broda, której rozpuszczone fragmenty opadły na prawe przedramię. Teraz zadymiła ręka. Kopciła się dłoń, w której trzymałem papierosa. Spojrzałem na niedopałek i chciałem wrzasnąć, przekląć, czy też wezwać pomocy, ale z ust wydobyło mi się jedynie bulgotanie. W gardle czyłem smołę. Bulgocząc bezradnie patrzyłem jak pomiędzy palcami, tam gdzie przedtem widziałem niedopalonego Carmena, porusza się gorąca glista, która owija się wokół wskazującego palca. Z nadtopionego paznokcia wydobył się dym i duszący odór. Ostatkiem sił zerwałem się na nogi. Chcąc zrzucić z dłoni parzącego robaka, począłem wymachiwać ramieniem, a następnie kręcić nim intensywnie młynka. Wtedy odpadła mi ręka. Odrzucona siłą odśrodkową opuściła z furkotem ramię i po zatoczeniu długiego łuku, walnęła w okno wychodzące na peron. Zabrzęczało szkło. Trzasnęło łamane drewno okiennej ramy. Do poczekalni wdarło się mroźne powietrze.
Po kilku sekundach w rozbitym oknie zamajaczyła jakaś twarz w okularach. Łagodne oblicze wsunęło się przez uszkodzone okno do wnętrza pomieszczenia. Starannie utrzymana długa broda, rogowe okulary, poniżej biały kitel. Pamiętam, że pomyślałem wtedy bez sensu, iż człowiekowi stojącemu na peronie pośrodku zamieci i w samym tylko kitlu, musi być cholernie zimno.
I nagle zrobiło mi się wstyd, że ja tu płonę, a on tam marznie, a jeszcze bardziej się zawstydziłem, gdy uświadomiłem sobie, że oto stoję tu przed nim z nadpaloną twarzą i bez ręki, a on tam czysty, wygolony i uśmiechnięty, choć lekko ubrany i w środku zimy.
Tymczasem człowiek w kitlu poszerzył jeszcze swój uśmiech i przez rozbitą szybę wsunął do wnętrza poczekalni moją urwaną rękę. Spojrzałem na kończynę. Była czysta, gładka, bez śladów spalenizny.
Czy to Pańskie ramię? – zapytał mężczyzna. Tak, mmmoje – wyjąkałem przerażony i bezwiednie spojrzałem na miejsce, opuszczone przed chwilą przez kończynę. Tak też myślałem – odparł łagodnie doktor. Proszę się nie martwić. Zaraz rączka powróci do przynależnej reszty. Najpierw jednak musi się pan przebudzić. I proszę pamiętać. Żadnych papierosów. Nikotyna szkodzi. Papieros wypala, zubaża, zabiera, pozbawia i utrąca. A teraz proszę powtórzyć za mną trzy razy:
Nie będę palił, nie będę palił, nie będę palił…
Wyszedłem na ulicę. Powoli przeszedłem na drugą stronę jezdni i zagłębiłem się w chłodną przestrzeń Parku Kasprowicza. Wszystko we mnie dygotało. Ludzie oglądali się za mną i okazywali na mnie palcem. Jakiś pies zaczął mi towarzyszyć szczekając zawzięcie. Mała dziewczynka na rowerku rozpłakała się na mój widok i porzuciwszy pojazd pobiegła do mamy.
Przejechałem lewą dłonią po twarzy i uświadomiłem sobie, że idę z otwartymi ustami. Przysiadłem na ławce. Uniosłem do oczu obie dłonie. Dwie duże, ciepłe, czyste ręce. Palce prawej ręki pachniały nikotyną. Na kciuku, w okolicy paznokcia przysiadła mała muszka. Nie uciekała. Powoli ją rozgniotłem.
Papierosa.
Rozejrzałem się dyskretnie wokół ławki. Przy murku, jakieś pół metra ode mnie leżał spory niedopałek.