Jak się zaczyna historia Szczecina — O arkońskim lesie

Choćżem w rymie słaby, nędznie metaforą władam,
Jednak wam z tej karty prosto w oczy gadam
I chociaż tu i tam w tekście dubę smolę,
Nikt mnie nie zobaczy w dud sejmowym kole,
Gdzie smoli się dupy, lecz wybiela plecy,
Spływa mi to jak wosk po rozgrzanej świecy.

Mocniej mnie zajmują ranne głowy bóle,
Gdy szklenicę nazbyt w wargi cisnę czule
I kufel mi w życiu bliższy od buławy,
Dlatego karczemnej wolę twardość ławy,
Gdzie nie muszę brzucha w miednicy układać,
Aby krzyż, (więc plecy) wyprowadzać z zada.

Lecz niech życie nasze par-lamentem płynie
Boć lament nad Wisłą nigdy nie zaginie,
A Parki wraz z Fatum i Losem w zespole,
Niech strzegą monstrancji biedy nam na stole.

Oczy zwróćmy raczej kędy dawne wieki,
Co było, niech wróci znowu pod powieki,
Co być zaś nie mogło, w faktach nie istnieje,
Wszelkie możliwości kryją dawne dzieje,
Więc choć tę historię wiodę z Morfeusza,
Sen prawdę tłumaczy, bo z serca wyrusza,
Które sens dostrzega gdzie myśl w mrok popadła,
By czucia przekształcać w znane nam widziadła.

Wzrosło Niebuszewo na wzgórzu, w krąg drzewa,
A często skowronek nad osadą śpiewał.
Z Pogodnem łączyła je szeroka trasa,
Z której korzystała zwierząt cała masa,
A Adam przewoził na wózku, lub saniach,
Wielkie bale z lasu, zwierząt nie poganiał,
Bo one z radością pomagały w trudzie,
Nie patrząc zapłaty, nie myśląc o cudzie,
Widziały, że człowiek suto w żłoby daje,

Dużo łatwiej niegdyś wznosić było raje.

Ewa w chacie z sosny czekała narodzin,
Często do niej z nieba Anioł Stróż przychodził,
Siadał u wezgłowia i głaskał po czole,
A później na brzuchu kładł jej aureolę,
By w boskim promieniu, co świecił przy łonie,
Ocenić umiała wartość siewu w plonie.
Choć dziwnie się czuła będąc pierwszą z kobiet,
Która brzuch swój myśleć w drugiej ma osobie.

Wszak i ziarnko zboża, kiedy w kłosie wzbiera,
Kształt swój wyprowadza z tkanki właściciela
Tak płynnie, że trudno jednoznacznie dociec,
Kiedy o odrębnej mówimy istocie.

Ewę pozostawmy. Przy niej święte pióra.
Nie zna komornika jeszcze ziemska kula,
Jeszcze się chromosom nie wyłamał z szyku,
By zbrukać przyrodę w pierwszym polityku.

Lasem ciągną konie w dół ostatnie pniaki,
Zmierzch idzie przez drzewa, nocne budzi ptaki.
Jedzie Adam oklep dosiadłszy deresza,
Czoło umęczone na pierś ciężko zwiesza.

Wzdłuż drogi mu świecą Latarenki Pańskie,
Robaczki, współcześnie zwane Świętojańskie.
Alić w drzemce słyszy grzmoty wraz i czuje,
Że pod nim konisko klimat mocno psuje,

I nagle się słania jak na falach tratwa,
Bo noga mu pierwsza z trzecią wraz się gmatwa.
Tak w zapląsie staje, w wygibasie słania,
Że zadem już przednie pęciny dogania

I wlecze po piachu rzyć swą kiejby sanie,
A z pyska wydala bolesne chrapanie,
Aż staje w tym ślizgu zadem gniotąc jeża,
Który w poprzek drogę zaspany przemierzał.

Skacze Adam, klęka, w pysk koniowi chucha,
Brzuch dusi, przez chrapy powietrze weń dmucha,
Aż zwierzę wyrzuca z pyska piany watę,
Co strzela woźnicę w gębę białym batem.

Otarłszy powieki rzecze Adam: wstawaj,
ale jeśliś słaby – mocy nie udawaj.
Za lasem kobyłka czeka cię w stajence.
Siana ci świeżego przyniosę naręcze.

Ja przed drogą wsteczną zwilżę usta winem,
– Wszak beczki w obórce gębą nie ominę –
Na Gniadym powrócę, wznosząc kurz na trasie,
By sprawdzić czy Ewka mi nie schudła w pasie.

Dźwiga się konisko, natęża muskuły,
Ale zad na ruchy nóg już nie jest czuły,
Niby wór kartofli rzucony na żuka,
Który próżno wsparcia pode brzuchem szuka,
Bo ciężar mu siłę w nóg dowolność zmieszał,
Że lepiej by leżał i się nie ośmieszał.

Zwiesił łeb i smutno spojrzał koń na człeka,
A łzy mu wisiały na obu powiekach,
Aż wreszcie, co w Raju zgodne było z normą,
Rzucił wiązkę mową mało nieco dworną:

”Ty ryju chumański (bo zmienię sylaby),
Czy myślisz, że z pracy jestem taki słaby?
Ty Ziemi zakało, co umysł masz kraba,
Boś z torfu wywiedzion, gdzie się rodzi żaba.
Czy po to Pan wyniósł koncept twój nad błota,
Abyś proste rzeczy wokół siebie motał?

Ja ginę i owszem, ale z braku wina,
To cierpień i siły marnej jest przyczyna.
Tyś trunek wymyślił po którym tańcujesz,
Choć-żeś umęczony, mnie zaś wodą trujesz;

Tyś winne uwarzył dla siebie paliwa,
I lada dzień w chmielu się dopatrzysz piwa,
Mnie każesz z jeziora albo i z kałuży
Moc czerpać by tobie w noc i we dnie służyć,

A sianem napełniać każesz mi jelita,
Sianem… Błotna głowo, pozwól, że zapytam,
Czy gdybyś miał trawę tylko pchać do gęby,
Miałbyś moc ludzkości wznosić z lędźwi zręby?

Jeśli chcesz mnie pracą uszczęśliwiać swoją,
Niechaj tutaj jutro stągwie z winem stoją
Białym i czerwonym, a także paśniki,
W nich zmieszaj z chwastami świeże naleśniki,

Obok koniczyny, biały pieróg z serem
I co ci tam jeszcze Ewki ręce szczere
Szykują do pracy, zjemy to w dwie głowy,
Wina sagan także dla ciała odnowy
Wchłoniemy by w żyły wpuścić więcej krzepy
I humor zaprosić pod oba czerepy.

Winnym potem wzejdzie z ciebie wkrótce plemię,
Które Raj zasiedli, takoż niechaj ze mnie,
Zrodzi się źrebina żwawa jak ułański,
Ogier, co trojański nie jest, lecz słowiański!

Nie wiem skąd Francuzi wzięli Las Buloński,
Ale wiem, jak u nas powstał Las Bar-koński.