Jak się zaczyna historia Szczecina — O Niebuszewie

Historie wam gadam nie wyssane z kciuka.
I choć inne zdanie może mieć nauka
Na czasy zaprzeszłe, co ich nie ma w lupie,
Ja mędrców przemowy gromadzę ku… zupie,
W której strzępy chłodnych profesorskich racji,
Warzę, aby pies mój zażyć mógł kolacji.

Niech mi więc oszczerca mówią lub bluźnierca,
Dowodów mam wiele z przeczucia i z serca
Wysnutych. I zwidów, gdy w powiek pergole
Uciekam przed tłuszczą zajętą przy stole
Przelewaniem z kufli chmielu w gardzioł studnie,
Ja szukam zakątka, gdzie nie nazbyt ludnie
Aby skroń, co w pięście serdecznie upadła,
Odnaleźć bez trudu umiały widziadła.

Ptaka zoczę nieraz, co dąży za morze,
Gdy jesień ozłacać pocznie liście w borze
I ponad łąkami chłodne mgły rozwleka,
Ten skrzydła chcąc ogrzać, przez wody ucieka,

A wcześniej nad ziemią kreśli wielkie koła;
Żal gniazdo zostawić, ale instynkt woła.
A za nim następnych setki i tysiące,
Pióra białe gubią po rzecze i łące,

Aż wszystkie, przysiadłszy na najwyższe drzewo,
Upust dają kłótniom, lamentom i śpiewom
Aby, gdy zagubią skrzydło w nieb przestrzeniach,
Doceniły urok długiego milczenia.

To wzgórze, gdzie ptaki siadały na drzewo
Przed Wielkim Odlotem, zwiemy Niebuszewo.

Skąd nazwa? Cóż znaczy?
Wielka trwała słota.
Stała przy budowie Pogodna robota.
Zaledwie przedszkole, domek, parku skrawek,
A nawet nie zdążył Adam sklecić ławek,
Gdy deszcze z głębokich wulkanów rzęsiste
Gdzieś od Belzebuba nadeszły nieczyste,
Tak gęste, że Pan Bóg za niebieskim stołem,
Rozmyślał, czy nie wszcząć wcześniej wątku z Noem.

Alić po tygodniu, kiedy się zdawało,
Że wody zaleją Ziemi przestrzeń całą,
Gdy ptakom pomięte wodą zwisły pióry,
A jastrząb z postury podobny do kury,
Osłonięty malin kwitnących listowiem
Marzył kaczkę, aby poflirtować z drobiem,

Spadł promyk na ziemię co przeszył bebechy
Chmur ciężkich i sypnął w kałuże uśmiechy
Rozbłysków. Odbity w miliardzie kropelek
znad rzeki i łąki, tysiąc razy śmielej
przeskoczył przez otwór wydrążony w burzy
By wzmocnić się w słońcu i światłem wydłużyć,
A tęczy warkoczem dwie strefy oddzielić,
Granat chmur, od nieba wielobarwnej bieli,

I zaraz, obiegłszy horyzonta kołem,
Strzelić biczem światła w burz ruchomą smołę
I siekać i ścinać błyskawicze głowy,
By stłumić ich straszny potencjał bojowy.

W godzinę niecałą rozpierzchły się chmury
I jastrząb z niesmakiem odskoczył od kury.

Szła Ewka po burzy zażyć nieco ruchu.
Luźny płaszcz z listowia piętrzył się na brzuchu,
Krągłością wyznając wszelkiej gadzi oczom,
Że oto się wyż demografii rozpoczął,

Że Boskim zamysłem i z Pana ochoty,
Kończy się epoka frywolnej pieszczoty,
Przy której śpią myśli kołysane ruchem
Ciał, co to na rozum najczęściej są głuche.

Boć po to Bóg stworzył Raju śliczne gaje,
By każdy mężczyzna, co w lesie przystaje,
Widząc kraśnych polan bezludne przestrzenie,
Zaraz ku potomstwu odczuwał pragnienie.

Doszła Ewa w miejsce, gdzie było mrowisko,
Przysiadła na pniaczku, kopca bardzo blisko,
Pod drzewem, co szczyty zanurzało w chmurę,
Tak śmiało wyrosło w boki oraz w górę,
A liści głaskana szemraniem przy uchu,
Zasnęła wpół myśli, z rękoma na brzuchu.

Aż wpośród drzemania poczuła na skórze,
Że dreszcz ją ogarnia i pnie się ku górze
Po łydce, kolanie i… ach coraz wyżej…
Zerwała się z pniaka od zająca chyżej,

Wpadła w bliskie krzewy z przerażoną miną,
Stamtąd wyskoczyła bijąc się leszczyną
Po nogach, co pod nią tańczyły hip-hopa,
Aż z nich dreszcz z mrówkami na mchy zaraz opadł,

Ale złość do kopca, skąd jednały drogi
Owady by Ewki wzdłuż przemierzać nogi,
Zaćmiła w niej litość. Coś syknęła z brzydka,
Wbiła kij w mrowisko, zaświszczała witka

I z zemsty, w gwałtownie umyślanej karze,
Niszczyła misterne kopca korytarze,
A w gniewie tak brzydkie w krąg rzucała słowa,
Jakby się budziła w niej pierwsza teściowa.

Zali Bóg ją zoczył i usłyszał treści,
Których nie znał wtedy jeszcze ród niewieści;
Wyszedł na polanę, oparł dłoń o drzewo
I wyszeptał smutno: Nie burz domu Ewo.
Czyjkolwiek on: ptaka, ssaka, czy owada.

Kto niszczy domostwo obce, temu biada.
Obyczaj choć obcy ci i marne dzieło
Zdaje się, że życie tutejsze powzięło,
Pamiętaj, że zawsze ktoś stoi na górze,
Dla kogo i Twoje mieszkanie nieduże.

A wszak mrówki mają ku słuszniejszym gniewom
Powód — tyś gościem tu, nie burz kopca Ewo!
Tu odszedł Pan, ale wciąż szumiało drzewo:
Nie burz kopca, nie burz, nie burz kopca Ewo!

Zawstydzona złością i pochopnym gniewem,
Miejsce to nazwała Ewa Niebusz-ewem.

O innych opowiem historyjach wielu,
Gdy zażyję mgiełki snu utkanej z chmielu.