Jak się zaczyna historia Szczecina — O Pogodnie

Gdzie Odra ku morzu szerzej biec poczyna,
Na obu jej brzegach leżała nizina,
Że lasu żadnego, z rzadka tylko drzewa,
Tu grusza, tam jabłoń chwałę Panu śpiewa,

Gdy wiatru przez listki przebiegnie pieszczota,
By kwiaty rozrzucić po wiosennych błotach
I śnieżyć na łąkach miękkie drzew westchnienia,
Jako welon ślubny co twarz panny zmienia
I w cienie samotnych ranków sączy złoty
Promyk tej, co przyjdzie wieczorem, pieszczoty.

Stał Raju zakątek ulubiony Bogu,
W zielonym szlafroku i na wiosny progu
Rozprężał ramiona drzew i ziewał wietrznie,
A jeszcze tu i tam puszczał grzmot serdecznie,
Po którym ulewał w ciepłe łono łąki,
Deszczu z chmur konewki, aby kwiatów pąki,
Spojrzały ku niebu, gdzie pszczela gromada
Czeka, na kwiatostan gotowa przysiadać,
Tak Bogu, jak trudom zapylania rada.

A była to pierwsza wiosna na planecie,
– Bo Stwórca uczynił Raj w czerwcu jak wiecie –
Więc jesień – ta pierwsza – no i pierwsza zima,
Która zim historię na Ziemi zaczyna
Minęły by w długim wokół słońca locie,
Zamknąć pory roku w znanym kołowrocie.

Tako wiosna przyszła by dokończyć roku
I ziemię z błękitnych zimy otrzeć mroków,
Bo grudzień w Edenie, jeśli mam być szczery,
Modrym śniegiem sypał wprost z niebieskiej sfery,
A jeśli Was w szkole uczył kto inaczej,
To się z prawdą mijał i z daleka raczej.

Wyszedł Adam rankiem na brzeg z wielkiej groty,
Syty snu i rozmów i z Ewką i pieszczoty.
Wzdłuż brzegu rozpuścił zamyślone kroki
I patrzył na łąki, drzewa i obłoki,

Tu urzekł go pająk złotem cienkich sieci,
Tam widział jak motyl ponad trawą leci,
I mrówkę i ptaka dostrzegł i wiewiórkę,
I śledził jak dzięcioł bije w korze dziurkę,
A jeszcze, gdy zając mu spod nóg wyskoczył,
Jak rozwarł, tak trzymał wytrzeszczone oczy.

Od czasu, gdy Stwórca w byt go wyposażył,
I w związku z kształtami jurnością obdarzył,
A zaraz – by w sobie nie szukał miłości –
Dziewkę mu z żebrowej przysposobił kości,

Zajęty poznaniem płci obcej mu w ciele,
Czasu na spacery nie miał Adam wiele.
Tak teraz zdumiony szedł mnogością życia,
Które czując wiosnę wylazło z ukrycia,
Głosząc wielokształtem istnienia dokoła,
Chwałę tego, co ich do bytu powołał.

Bo wszelka gadzina od początku świata
Za norą i jadłem nieustannie lata,
A gdy już ma ciepło, żarcie oraz trunek,
Węszy za samicą, by ciągnąć gatunek.

Patrzał więc i słuchał i wzdychał w zdumieniu,
Aże chcąc ochłonąć stanął przy strumieniu
W jakimś pełnym ptaków rozkrzyczanych gaju,
I wyszeptał: „Adamie, pewnie jesteś w Raju”.

Tu wyszedł sam Pan Bóg jako starzec siwy,
Stopą święta miażdżąc osty i pokrzywy,
A przed nim zwierzęta w krąg, że drogi mało,
A nad nim cheruby opierzone biało

I podszedł gdzie Adam łamał przed nim nogi,
A czołem się rzucał na cierniste głogi,
Aleć Pan go podjął za brodę ku twarzy,
W oczy spoglądając – długo słowa ważył,

I wyrzekł: Ja dałem ci pogodne oczy,
Więc żeś ich chmurami gniewu nie otoczył,
Żeś w twarzy wciąż ludzki, choć dumny na czole,
Żeś Ewce pomocny w łożu i przy stole,
Że zimą wam dobrze ze sobą, choć chłodno,
Miasto pobudujesz. Tu będzie Pogodno.

Z osady tej dalsze urosną dzielnice,
Bo czas ci spoważnieć, czas zostać rodzicem.
A dziatkom, co z lędźwi wezwiesz na mą chwałę,
Przeznaczam to miejsce, co słoneczne całe,
A wiedz, że i ja mam parcelę podobną,
Tam, w niebie.
Budź Ewkę.
Budujcie Pogodno.