Obcość normalności

Niemiecka normalność wydaje się dziwna, jest… jakaś nienormalna. Ta normalność niepokoi. Najpierw wycisza emocjonalnie i mentalnie, później poczyna się mgławić, otaczać tą mgłą przybysza z centrum Europy, oblekać, wreszcie zagrażać.

Narasta niepokój, który w końcu poczyna doskwierać. A doskwiera dlatego właśnie, że jest jej — tej normalności — zbyt dużo na raz i za gęsto w jednym miejscu.
Bo to dziwna sprawa — znaleźć się gdzieś poza miejscem zamieszkania, w miejscu całkowicie nowym, pośród ludzi wcześnie nieznanych, w przestrzeni języka, w którym się na dobrą sprawę na co dzień nie myśli i… czuć się normalnie.
I odwrotnie: jak to i dlaczego tak jest, że nie czujemy się u siebie normalnie — w swoim kraju, mieście, w swoim domu, a zdarza nam się odczuwać normalność tam, gdzie wszystko jest pozornie obce. Czy do normalności nie trzeba się wcześniej jakoś przyzwyczaić, zaakceptować ją, uznać za swoją, aby nazwać ją właśnie normalnością?
Tak, z pewnością, gdyż normalność to stan rzeczywistości już uznany, a więc wcześniej poznany (choć niekoniecznie bezpośrednio) i akceptowany. To coś, jakaś symetria, jakiś ogólny sens ku któremu na co dzień się zmierza, bo się go już poznało i uznało, a uznawszy, zaakceptowało. Bo się go umyśliło, ulubiło i już na stałe za nim zatęskniło.Jeżeli więc normalność uczestniczy w wytwarzaniu poczucia sensu, a przez to i bezpieczeństwa, to jak w obcym środowisku poczuć można się normalnie? Ano można, gdy w tymże środowisku rozpozna się te cechy rzeczywistości, których w miejscu wcześniejszego pobytu brakowało, a które tu, pomiędzy obcymi, w sposobie ich zachowania i funkcjonowania, zostały odnalezione, jako te, które nadają sens otoczeniu, sens przez nas akceptowany.

Normalność domu, ulicy, sklepu. Normalność spojrzenia ekspedientki i przechodnia. Normalność programu telewizyjnego. Normalność, z której tym łatwiej wyłania się tu i ówdzie, a nawet gdziekolwiek oryginalność, nietuzinkowość. Nie ma zatorów dla różnorodności, nie ma ograniczeń dla inności. Jasne, ktoś jednak ode mnie wymaga przestrzegania reguł i tych reguł jest wiele, ale wiem, że i moje reguły są, że będą (ogólnie rzecz biorąc) akceptowane.Dręczy mnie tylko pytanie, które powraca tutaj co dzień i w różnych sytuacjach: dlaczego — jeżeli to wszystko jest tak normalne, takie jakby moje — dlaczego wciąż chciałbym za tę normalność dziękować otoczeniu?
Bo tubylcy tego nie robią, oni nauczycieli się tej normalności wymagać. Żyją z nią, doświadczają jej codziennie, są przekonani, że ona im się należy. Mało tego — ta normalność, którą podziwiam z okna i z chodnika, na dobrą sprawę dla nich w zasadzie nie istnieje. Są w niej zanurzeni, oddychają nią i nie jest ona dla nich jakimś wyjątkowo odżywczym wysokogórskie powietrzem.
Dla mnie to jednak ciągle świat za szybą. Ta szyba traci jakby na grubości, ale wciąż wokół mnie jest.
A właściwie nie wokół — ona jest we mnie.