Widok z parapetu

Te wasze gęby bezpowodnie rozradowane. Te wasze emocjonalne orgietki na bazie płynów oszałamiających. I usta — jak wodne młyny w których żarna zębów uruchamiane kolejnymi haustami alkoholu, rozcierają zgromadzone na stołach pokarmy. Tu wszelakie pożywienie — bita śmietana z fragmentem kaczki, świński zadek z krowim jęzorem, ogórek konserwowy z tortem ananasowym, między paszczękami zgodnie się jedna.

Tak, bez wątpienia to wasz wieczór, Najważniejszy Wieczór Roku do którego — choć on, ten rok, stary, słaby i zgarbiony — nie wahacie się strzelać z korków od szampana i z petard. Ubić starucha, przepędzić na cztery pierdy, zatopić w alkoholu i wymiocinach, które o czwartej nad ranem wyprowadzacie z gardzieli poprzez parapety i deski klozetowe. Szybciej, szybciej go przegonić! Mocniej, boleśniej dokopać, nabluzgać, a później spuścić na siwy łeb wodę w sedesie.
Spłukać zakałę ze świeżym kałem!
Wy nie umiecie inaczej — tylko frenetycznie, tylko z przesadą, tylko z wódką w jednaj i z petardą w drugiej dłoni. W jednym kąciku waszych ust mieszka nienawiść, epitet i plwocina — w drugim miłość, wzruszenie i ekstaza. Opluwacie i całujecie w tym samym momencie. Przytulacie jedną ręką, a drugą, z załzawionymi od wzruszenia oczami, łapiecie za szyję aby zmiażdżyć gardło.

Strasznie tak siedzieć przy was i patrzeć na te wszystkie czerwone, spocone, nabrzmiałe od pijackich, wzajemnie jakby wykluczających się emocji oblicza.
A jeszcze nie skończyliście bliźnim ubliżać, jeszcze wiszą w ciężkim od waszych oddechów powietrzu słowa którymi chłostaliście przed chwilą waszego znajomego, krewnego czy polityka, a już szukacie policzka najbliżej was stojącego brata w biesiadzie by obkleić jego twarz udawaną serdecznością i załganym życzeniem.
Miłość płynie z waszych ust jak posoka z aorty — gładko i spektakularnie.
Nienawiść tryska z waszych krtani, jak z woda z rynkowej fontanny, do której przebiła się zawartość armatury miejskiej kloaki.
A później wzdychacie, jęczycie i ciągle klniecie. Tak zaczynacie ten nowy, dobry, piękny rok. Taki kształt mu nadajcie, a później, jak zawsze pod koniec grudnia, dziwicie się jaki on był zły, brudny, nieszczęśliwy, nieudany.
Tak nieudany i tak nieszczęśliwy, jak wy nad ranem.
Którzy snujecie się pośród okaleczonych artefaktów waszego karłowatego emocjonalnie świata — wy obojętni, nienawistni, byle jacy…
Patrzę na was ze swojej małej wysepki jeszcze nieobrzyganej części parapetu i zastanawiam się, kiedy sprzątniecie kuwetę i kto nasypie mi karmy do miseczki.