List zza okna

Poniedziałek, 21 września 2015

Nie było Cię wczoraj przy oknie. Czekałem cały wieczór, a także sporą część nocy. Nie podeszłaś, aby zasłonić kotarę, nie podlałaś kwiatów, nie zapaliłaś lampki na stoliku przy komputerze. Siedziałem przy parapecie patrząc w okno Twojej sypialni jak w chłodne oczy, w których gasł wieczór wraz z moją nadzieją na Twój cień zaznaczony ciepłym kręgiem światła na tle szyby. Bałem się, że coś Ci się stało, że zachorowałaś, albo, że musiałaś nagle wyjechać w ważnej sprawie i że Cię długi czas nie będę widział. Co prawda pomyślałem też zaraz, że to naturalne, gdyż ludzie co jakiś czas chorują, a także wyjeżdżają. Nie uspokoiło mnie to jednak, a nawet przeciwnie, mocno zaniepokoiło. Uświadomiłem sobie bowiem, że przez niemal rok, który minął od mojego wypadku, nie było ani jednego dnia, w którym bym Cię nie widział. A przecież masz prawo do wyjazdu, a także do choroby. Masz prawo do swoich spotkań, do miłości… Masz prawo nie wiedzieć, że Ciebie kocham, że miłość moja – ciemna, okienna, oszybiona, opajęczona, miłość znad parapetu i zza framugi, że ta miłość płacze i modli się do Ciebie każdego wieczora.

I przestraszyłem się nagle, że gdy dopalę papierosa, rzucę się z parapetu na środek podwórza, aby ogarnąć całym ciałem mokry od deszczu beton w miejscu, które przemierzasz codziennie biegnąc na uczelnię. Więc zapaliłem kolejnego papierosa, a później jeszcze jednego…
Muszę Cię zobaczyć, choćby jeszcze tylko raz, jeden raz…

 

Wtorek, 22 września 2015

Wieczorem był Andrzej. Przyniósł naprawionego laptopa. Przytaszczył też nieco zapasów na przyszły tydzień. Jedyny przyjaciel, jedyny człowiek, który mnie odwiedza, który pomaga. Po jego wyjściu postanowiłem, że napiszę do Ciebie na FB. Napiszę Ci list. Ujawnię się, a później… Później nie będę miał już żadnej nadziei. Zostaną mi tylko marzenia. Do końca… A przecież ułuda, że kiedyś się spotkamy, że będę mógł z Tobą porozmawiać, choćby na ławce w parku za blokiem, że będę mógł spojrzeć Ci w oczy; ta nadzieja, a raczej nadzieja nadziei, pozwala mi żyć.

Żyć, by tęsknić i marzyć i by w tych marzeniach odnajdywać siłę do kolejnego poranka i dnia, do pisania i czytania. Do trwania przy oknie by Cię zobaczyć.

 

Środa, 23 września 2015

A więc jednak wszystko w porządku, nie wyjechałaś, jesteś zdrowa… Jesteś. Widziałem Cię po zajęciach, a później, już wieczorem, przy oknie. Stałaś nawet przez chwilę przy szybie patrząc w przestrzeń, na coś, czego nie mogłem dostrzec. Później podniosłaś głowę i zdawało mi się, że patrzysz w moje okno. Serce waliło mi jak oszalałe… Krzyczałem do Ciebie bezgłośnie przez szybę.

Później wyobrażałem sobie, że stoisz tuż koło mnie i wspólnie pijemy herbatę. Deszcz oddzielał nas od podwórza, od ulicy i od miasta; odgradzał od zmierzchu, od nocy i od poranka… zamykał w jednym, wspólnym przy oknie milczeniu, zacieśniał czas przeszły i przyszły do tego jednego w mrok wpatrzenia, do milczenia, w którym spały słowa, w którym drzemały szepty i po którym, jak leniwe koty, snuły się pieszczoty.

Patrzyliśmy oboje w Twoje okna, które tam, naprzeciwko spały, gdyż Ty byłaś tutaj, przy mnie i wiedzieliśmy oboje, że tak już pozostanie, że Twoja lampka, Twoje łóżko, biurko, firanka, nocna szafka – będą tam na Ciebie czekały, a my tu i tylko tu, i nigdzie indziej, i nigdzie inaczej…

Byłaś więc – tak zwyczajnie i tak pięknie. Tak prawdziwie i nierealnie. Myślałem o tym, że teraz będę sięgał wzrokiem po Ciebie każdego dnia i każdego wieczoru. Będę się budził nocami by patrzeć na Ciebie śpiącą obok i bał się będę przymknąć oczy, aby nie przerwać Twojego snu szelestem powieki. Będę przysuwał usta do Twoich warg by dzielić z Tobą oddech, by czuć jego zapach i uczyć się jego łagodnego rytmu.

Chcę ogarniać Cię moją tkliwością, gdy zasypiasz i pragnę czekać na Ciebie, gdy otwierasz rankiem powieki. Czuć zapach rozgrzanego snem ciała i zanurzać po kryjomu usta w Twoich rozrzuconych na poduszce włosach.

Chcę być przy Tobie w Twoich niezauważeniach mnie i w nagłych pragnieniach złączenia ramion, chcę być w chwilach, które będziesz w roztargnieniu w ciągu dnia przebiegała i w przedsennej potrzebie szeptu.

Chcę być w Twoim lęku, zanim go poczujesz i w Twojej radości, zanim nadbiegnie. Chcę żyć
w tykni
ęciu zegara, zanim je usłyszysz i w kropli deszczu którą dostrzeżesz na szybie, nim chmura poczuje w sobie jej obecność.

Chcę być w Twoim tętnie, nim je serce powoła do ruchu i w Twoim śnie, zanim noc z okruchów dnia przywoła go pod zamknięte powieki i zanim rozpoznasz w nim kształty przeżytych wzruszeń
i niepokojów.

Bo skazany jestem na Ciebie każdym uderzeniem mojego serca, aż po jego ostatnie drgnienie. Każdej nocy i dnia każdego doświadczam Cię od nowa swoim marzeniem i tęsknotą. Dostrzegam Cię w każdym obłoku za oknem i w każdej kropli deszczu na szybie.

Płyniesz do mnie z każdej rzeczy i z każdego uczucia. Pomiędzy słowami obcych ludzi rozpina się jak tęcza pośród kropli deszczu Twoje imię, a w gałęziach poruszanych wiatrem drzew falują Twoje rozkrzyczane ptakami włosy.

Jesteś sensem przestrzeni, która mnie otacza i barwą każdego uczucia, które otwiera się we mnie, gdy myślą dotykam kolejnego o Tobie marzenia.

Tam, gdzie przypadkowość detronizuje Boga, pośród atomowych zawirowań w których chaos tworzy tkankę pierwszej myśli, gdzieś tam powstały cząstki, które zaciążyły ku sobie i przyjęły formę, zarys Twojej twarzy, kształtu ramion i bioder, koloru włosów i dźwięku głosu.