Ojciec

Nie umiem karcić w sobie smarkacza
gdy przewini nierozwagą
lub gapiostwem
gdy stoi we mnie jak krzywe drzewo
z rozdziawiona dziuplą
oblepionych mrówkami ust

Ojciec mój wiecznie do ojcostwa
– nie mówiąc już o małżeństwie –
niedorosły
tatuś łykowaty
usmarkany świeżą żywicą
okaleczonego kolana

Rodzic bosy
zbłąkany w gąszczu filo-medytacji
nad różnicą lotu motyla
i spadającego jabłka

Był czas gdy wstydziłem się ciebie
i tej twojej wiecznie wystającej
ze spodni koszuli
milczenia
i nieporadności

Często mrugałem do znajomych
i uśmiechałem się pobłażliwie
co miało znaczyć
– trzeba mu wybaczyć
on już taki trochę jest

A zresztą to młokos
i wciąż ma jeszcze czas
na zabicie swojego
pierwszego kota
i nadmuchanie żaby
i rozdeptanie żuka
i strzykanie śliną
przez zaciśnięte zęby

Wciąż ma czas na to
by nauczyć się kłamać
z jasnym spojrzeniem
kłamać
przed napisaniem wiersza
kłamać oddechem
nie tykając tkanki uśmiechu –

Tak mówiłem o tobie
wraz z innymi
smarkaczu

Dzisiaj jestem dumny z tego
że mogę się z tobą przyjaźnić
że nie porzuciłem cię kiedyś w bramie
obok zabitego kota.