A potem piwo

Panie prokuratorze!

Co do moich wyjaśnień względem zaistniałego fałszywie faktu zatopienia ciecia budowlanego wraz z psem, w dniu 05 grudnia tego roku, przy ulicy Emilii Plater w Szczecinie, gotów jestem opowiedzieć panu prokuratorowi wszystko co powyżej wspomnianego dnia robiłem, choć nie wszystko w sposób przewidywalny, a to z powodu niepomyślnego horoskopu zamieszczonego w piątkowym magazynie Kuriera. Jeżeli pomimo to zadecyduje pan na mnie nałożyć areszt, to niech Bóg jedyny wyprowadzi waszą Temidę z pomyłki, za którą cierpieć będę niesłusznie, ale się odwołam. Bóg mi świadkiem Jehowy, że na papugę mnie nie stać i sam sobie jestem żeglarzem i Okęciem.

A więc w tym dniu wstałem jak zwykle (mówić mam?) wcześnie rano i po obejrzeniu na TVN-nie południowych wiadomości i wypiciu połowy piwa pozostałej z poprzedniego dnia, zrobiłem sobie kanapkę z ogórkiem i ze smakiem zjadłem i poszłem-dłem jak co dzień zresztą w stronę pośredniaka by spotkać się z Krawężnikiem – przepraszam – Jurkiem Smolarzem, który miał mieć fuchę przy pieczarkach. Jurka nie spotkałem, ale zaraz przyszedł Pycol – tzn. Józef Szyłko – i powiedział, że ma sikora do pogonienia.

Sikor był blitny i poszedł za trzy papiery na Manhattanie. Później piliśmy nalewkę i piwo i znowu nalewkę i znowu piwo i piwo… Ale to nie prawda, że chodziłem robić siku na przednie siedzenie zaparkowanego w pobliżu samochodu dostawczego marki Żuk, bo drzwi owego samochodu były zamknięte, a okno znajdowało się o wiele za wysoko i nie mógłbym przez nie naszczać do pojazdu, zwłaszcza, że byłem tego dnia już nieco zmęczony.

Tak, pamiętam, kopnąłem tornister temu gówniarzowi, co zbierał butelki, ale gdy zasnąłem na ławce, to smarkacz położył mi kapsle na oczy i przykleił nalepkę z Żubra na czoło, a później, gdy chciałem wstać, napluł mi na buta i powiedział, że blokuję mu ławkę bo miał tu grać z kumplami w karty, a ja się władowałem z brudnym (przepraszam pana prokuratora uroczyście za dupę) tyłkiem i trzeba będzie dezynfektować deski.
No to, co ja miałem zrobić?

A później przyszedł ojciec pętaka i powiedział, że moje miejsce jest na drzewie i że kopnąłby mnie w zad, ale szkoda mu nowych adidasów, Mnie to zdenerwowało więc mu rzuciłem glu… znaczy się wysięk nosowy na marynarkę i cisnąłem w krzaki butelkę krzycząc aport!
A wtedy podeszło do mnie tych dwóch cwaniaków bez szyi i chcieli mnie wrzucić do basenu przeciwpożarowego, a jeden z nich założył mi nawet Nilsona, więc ja się im wyrwałem i przeczołgałem się przez dziurę w płocie na pobliską budowę, skąd obrzuciłem ich dachówkami, a wtedy wylazł – całkiem niepotrzebnie – zza budy ten stróż i krzyknął żebym założył ręce na szyję i położył się twarzą do ziemi, to on nie użyje pobliskiej sztachety.

Wtedy mi się nagle odbiło i rzuciwszy pawia w lewo, rzuciłem się do ucieczki na prawo, na co ten osioł cieć zbaraniał i chwilę trwało zanim zaczął mnie ścigać, ale zaraz na wstępie doznał pecha, gdyż samopotknął się o sznurowadło po czym zawadził gumowcem o własną nogę i straciwszy kontrolę nad biegiem, nadział się ustami na wystający ze ścieżki pręt zbrojeniowy fi 12, (ja się trochę znam bo pracowałem kiedyś przez dwa tygodnie jako pomocnik ślusarza) a następnie wpadł na drut kolczasty w którym utkwił twarzą odzierając sobie głowę z ucha.

No, ja natychmiast skoczyłem by mu pomóc, ale natknąłem się na worki z cementem i wtedy dorwał się do mojej nogawki ten pijany pies co sforsował drzwi od pakamery, to ja go odsunąłem nogą, no bo spodnie mam jedne, ale naprawdę nie mogłem przewidzieć, że piesek odbije się od buta i wskoczy do dołu z niegaszonym wapnem.

Żal mi się zrobiło stworzenia, gdyż za zwierzęciem każdym to ja jestem, dlatego rozejrzałem się, by poszukać w pobliżu jakiejś solidnej cegły ratunkowej, co by psinie do dołu wrzucić, aby mogła po niej samodzielnie na brzeg wyleźć, ale wtedy zobaczyłem znowu ciecia jak jechał na mnie taczką wypełnioną rygipsami. Krzyczał przy tym, to znaczy bardziej jednak bulgotał, bo rozerwana warga obijała mu się o brodę, a dodatkowo wyjęte przez drut na zewnątrz oko, uderzało podczas biegu o podkoszulek. No to ja chwyciłem stojącą w pobliżu ramę okienną oszybioną, aby cieć mógł się w niej przejrzeć i zawrócić do pakamery po jodynę czy jakiś plaster, ale wtedy nastąpiło drugie fatalne samopotknięcie się ciecia, po którym znalazł się wraz z oknem w dole obok pieska, który zdążył tam już nieco wyłysieć.

No to wtedy ja skoczyłem w stronę jednej z leżących w pobliżu desek, aby podać ją cieciowi, ale gdy już z żerdzią do dołu podbiegłem, to zamiast podać mu drewno w rękę, potknąłem się i wbiłem mu koniec deski w drugie — złośliwie wykrzywione na mnie oko.

I tu miałem pecha, a raczej cieć, bo gdy wyszarpywałem deskę z oczodołu, to zauważyłem, że wcześniej nie dostrzegłem, że na końcu drewna wbity jest zakrzywiony gwóźdź, w związku z czym podczas szarpnięcia zdjąłem cieciowi tym gwoździem zdrową powiekę.
A wtedy stróż zachował się niewspółmiernie, gdyż ciskać zaczął na mnie i na moją mamusię takie słowa, że ich nie rozumiałem, ale domyśleć się nie trudno było, że mnie i mamę bardzo obraża. Wymachiwał przy tym nerwowo rękami a nawet splunął raz i drugi w moją stronę przepalając mi but lewy ostatni, skórzany do paznokcia.

Wiec to tak? — pomyślałem sobie wtedy. To ja tu do ciebie z pomocą a ty mi mamusię z dołu obrażasz? Taki jesteś? – Pomyślałem. No to łysiej sobie tam w dole włosy. Chciałem mu nawet jedną piosenkę o łysych i papie zaśpiewać, ale wtedy (a pan prokurator zna tę piosenkę? To leci tak – Trzeba łysych pokryć papą… no nie ważne) no więc, gdy już zacząłem śpiewać, usłyszałem nagle tupot nóg i zobaczyłem dwóch policjantów, którzy twarze mieli niesympatyczne i biegli ku mnie jeden z bloczkiem mandatowym a drugi z wyrzutnikiem gazu w ręce.
W sytuacji, że płot był dla mnie na skok za wysoki, zdążyłem się jeszcze przekopać pod siatką na drugą stronę, a tam już stał policyjny samochód z otwartymi drzwiami, w którym udzielono mi zaraz pomocy psychologicznej.

Panie saturatorze… panie prokuratorze. Ja, Waldemar Truchała, z matki Janiny, pomimo lichego wykształcenia, jak za przeproszeniem Pan Prokurator, jestem człowiekiem i chciałbym, aby społeczeństwo we mnie zainwestowało, na co zresztą serdecznie tak pana jak i panią siedzącą tu sekretarkę namawiam. A za to, że mogłem pana dzisiaj poznać – serdecznie państwa przepraszam.

Mając na uwadze przedstawione okoliczności łagodzące, a także fakt, że ojciec często bił mnie po głowie, a już zawsze jak byli u nas goście, proszę o łagodne potraktowanie mojej osoby i zwolnienie z aresztu. Tym bardziej, że mam na dzisiaj zaklepaną fuchę przy pieczarkach.
Znaczy się… iść mam?
Przeprosim.