Coś mi w życiu wyszło

Nic mi w życiu nie wychodziło. A nawet, gdy kiedyś wychodziło to nie wracało. Kiedyś, pamiętam to, bo pamięć mi – na szczęście – także nie wychodzi – raz mi coś nieźle wyszło.

Tak, tak – i wyszło i wyglądało, że dobrze w dodatku. No cóż – pomyślałem wtedy – raz wyjść może, a nawet powinno, choćby po to, aby potwierdzić regułę, że nie wychodzi. Ale, gdyby nawet wyszło nie po to by potwierdzać – ufnym tak do końca być nie można. Zwłaszcza, gdy tak długo nie wychodziło. Że wyszło – myślę sobie – to i dobrze, ale może zaraz wróci będzie udawać, że wcale nie wyszło?
A gdy powróci, to już wtedy jako nie moje? Bo ktoś — dajmy na to — zauważy, że wyszło i że samotne i podejdzie, adoptuje, przywłaszczy, a później (jeżeli nawet) przyniesie,
to przyniesie już jako bardziej jego, bo przyniesie zaopiekowane i odchowane i zadbane i chwalił się będzie tym, co wyszło mnie, a czym będzie mi przed oczami szyku sobie zadawał, aby później odejść, pozostawiając wspomnienie, cień tego, co mi wyszło.

Tak więc dlatego, gdy już na dobre wyszło, no to chwilę odczekałem i hops do okna i patrzę spoza firany, czy aby nie przycupnęło gdzieś za drzewem lub za sąsiednią kamienicą, że to niby wyszło naprawdę, a w rzeczywistości za rogiem cicho siedzi, aby zaraz powrócić i pokazać mi, że nie było wcale takie udane i takie całkowite to wyjście.
Z drugiej strony, (wciąż patrząc) myślę sobie, że już może wyszło tak, że nie wróci i moja duma, że mi wyszło i że w ogóle miałem cokolwiek, co wyjść ode mnie mogło, psu na buty będzie zdatna.
Co lepsze – myślałem gorączkowo – czy aby wyszło i już nie wróciło (wszak ostatecznie jedynie w ten sposób można by utrzymywać, że coś wyszło mi do końca); czy też lepiej aby wróciło nagle i – pomimo konstatacji, że nie wyszło do końca, zostawiło mi przekonanie, że w ogóle wyjść zamierzało, ba — że u mnie się powzięło; czy też, aby wróciło nagle w obcym towarzystwie, jako coś, co wprawdzie mi wyszło, ale co ktoś odchował i ostatecznie ukształtował i teraz do mnie, w odwiedziny, jak do rodziny przyszło, jako nieco moje. W takiej sytuacji — myślałem (nadal obserwując) to, co mi wyszło, było teoretycznie do odzyskania, czy to za pomocą argumentacji, groźby, czy przekupstwa.

W sumie jednak, zważywszy, że nic mi się za oknem nadal nie ukazywało, sprawa się komplikowała i komplikowała już nie do kwadratu, ale do sześcianu. Osaczony niewesołymi konstatacjami, przestałem obserwować i począłem chodzić od ściany do ściany. Myślałem, myślałem… A im więcej myślałem, tym bardziej wychodziło mi na to, że wyszło mi albo niepotrzebnie, albo nie w porę.

Tyle oczekiwań, tyle nadziej, kombinacji, przygotowań… Tyle wysiłku, aby wyszło, a gdy już wyszło – nie cieszy, nie upaja, na duchu nie podnosi. A im dłużej chodziłem, tym bardziej przekonany byłem, że wyszło naprawdę i ostatecznie. Bo wszak nie wracało. Ale – zamiast cieszyć, martwić się począłem, że tak dobrze wyszło, bo wszak wyszło bez świadka, bez i bez śladu. Nie zrobiłem odbitki, nie zarejestrowałem, nie upamiętniłem.
Jak więc ogłoszę, jak udowodnię, że mi wyszło? Gdybym choć był zdjęcie zrobił gdy wychodziło, gdybym wcześniej szkic sporządził, notatkę… Nie ma, nic nie – myślałem.
I nagle w tym pomiędzyściennym rozpędzie, w rozterce i w zapamiętaniu, uświadomiłem sobie, że właściwie nie wiem co mi wyszło. Starałem się sobie przypomnieć jak wychodziło, jak szło i znikało — ba – jak pojawiło się po raz pierwszy. Bo wszak, aby wyjść – musiało być, a żeby być, musiało przyjść lub chociażby pojawić się w obrębie mojej obecności jako byt samoistny. COŚ mi przecież wyszło… COŚ, — ba, ale co? I czy na pewno wyszło? Czy na pewno było? Jak sprawdzić, jak? A może wyjść, zobaczyć, dogonić, zatrzymać? Tak — nie może być wszak daleko.

Założyłem buty i kapelusz, wziąłem parasol i chwyciłem stojący na półce w przedpokoju aparat fotograficzny. Otworzyłem drzwi i… wyszedłem na durnia. Stał na moich schodach z otwartą gębą i wyglądał na głupca idealnego, wręcz skończonego.
Ach, więc to tak — pomyślałem w jednej chwili — tak często robiłem z siebie durnia, że wreszcie ten, w pełni ukształtowany – wyszedł mi wreszcie w skończonej postaci i stanął na schodach, abym oto wyszedł na niego. Tak — myślałem — on jeden, po długoletnim, niezmordowanym treningu, wyszedł mi całkowicie. On jeden wyszedł ode mnie i on — jako jedyny – powrócił, abym teraz ja wyszedł na niego i… tak, aby on ze mną i ja z nim, abyśmy ze sobą pozostali. Tak więc dureń się we mnie ukształtował i poprzez wieloletnie zasiedzenie usankcjonował i teraz — ze mnie wyszedłszy — siebie mi zaproponował.
Ale, w takim razie faktem było, że zarazem i ja wyszedłem jemu. Wyszedłem mu naprzeciwko. A więc wyszliśmy sobie obydwaj. A w takim razie (myślałem, patrząc w jego durne i wierne oczy) to powód do wspólnej dumy.

Tak więc ostatecznie pozostał u mnie ten, który mi wyszedł i na którego ja wyszedłem i zwierzę się wam: lepiej mieć w domu durnia, na którego się serdecznie przed drzwiami własnymi wyszło, niż obcą (choć ślubną) babę, która przyszła, lecz nigdy nie wyszła.