Ale jaja…

Obudziło mnie mocne łomotanie w ścianę do której przylegało moje prawe ucho. Zrazu wydawało mi się, że to łomot ze mnie powzięty, z głębi czaszki wynikły, że — jako że koncentrował się w okolicy prawej skroni — jest to łomot kameralny, prywatny, insajdowy i skroniowy. Myliłem się jednak. Czaszka moja indukowała jedynie to, co płynęło z zewnątrz, zza ściany właśnie. Kuźwa — myślałem gorączkowo. — Co to, kto to, po co tak i mocno tak dlaczego. Wszak dopiero się spać położyłem. Nie zasnąłem nawet na tyle skutecznie, aby snem uroić sobie dostatecznie sympatycznego konfabula; takiego, co to by mnie na wyspy szczęśliwe, albo choćby na Wyspę Pucką wywiódł.

Ściana umilkła, ale w głowie trwało rozkolebanie i wzbierało kołysanie i potężniało dudnienie, aż zdawało mi się, że jestem, jako ten dzwon w bólach dźwięk każdy rodzący, a czaszka to cymbał pusty. Chciałem wstać, ale kolejna fala dźwięków, tym razem z drugiej strony głowy, powaliła mnie skutecznie na posłanie.

Dociskałem powieki do oczodołów, podczas gdy dłoń szukała pod kołdrą pilota. Udało się… Posłanka, papież, jajko, jajko, jajko, papież, śniadanie, posłanka, Watykan, Kaczyński, samolot, herbata, Sarmata, sałata… Coraz bardziej nerwowo wyciskałem z wnętrza pilota kolejne kanały, coraz zjadliwiej dobiegał mnie odgłos dziurawionej świdrami ulicy, coraz bezczelniej i głośniej krzątała się za ścianą pani Zosia przygotowująca dla rodziny wielkanocny poczęstunek i… wreszcie ulga. Kosmos. Patrzyłem poprzez któryś z telewizyjnych kanałów na swoją planetę sub specie aeternitatis. Mała piłeczka, kulka, makówka, opalizujące w słońcu jedno maku ziarenko (skąd te skojarzenia?). I nagle widzę — to nie kulka, to jajko, wręcz pisanka.

Kamera robi szybki najazd… Teraz dostrzegam, że Ziemia-Pisanka popękana jest cała, jakby miała się rozpuknąć.

I nagle widzę siebie w pojeździe kosmicznym. Obok mnie wyłaniają się z mroku galaretowate, mocno wybałuszone oczy zielonych… owadów? Pająków? Na skutek tego widoku oczywiście jestem w szoku, ale bardziej od kosmitów interesuje mnie los mojej jajecznej, pękającej planety. A ona rozłamuje się wciąż dosadniej i dogłębniej. Już widać wnętrze — parujące żółtko, które, niby wulkaniczna lawa, wypływa na powierzchnię, zalewając lądy i morza. Już i centralna Europa tonie w pomarańczowej masie… Dostrzegam Szczecin, katedrę, Wały Chrobrego…

Obok ginącej w czerwonawej melasie kawiarni 22 dostrzegam sporą tratwę. Na belkach siedzą — widzę to dokładnie —  Kaczyński, Szydło, Polski papież i moja sąsiadka, pani Zosia, która ciska w premiera jajkami; ten uchyla się i wygłasza płomienne ekspoze. Papież modli się, kończąc każdą frazę zawołaniem: niech odmieni kształt ziemi…Premier Szydło wystruguje scyzorykiem krzyż z kawałka drewna… W rogu stateczku stragan umajony zieleniną, poprzetykaną pisankami i zającami. Nad straganem ochlapany żółtkiem szyld „Galeria Maskarada”. Naprzeciwko straganu grupka ludzi przeżuwa coś pracowicie w pozycji kucznej, wypluwa do wspólnej misy i z wydalonego lepiszcza formułuje pomnik. Nad nimi na drzewcu białe prześcieradło z napisem:

W POMNIKU PRZETRWAMY, MIEJSCA NIE ODDAMY!

Tragicznie — myślę — jest tragicznie. Więc byłażby to moja ojczyzna? Kraj mój miodny i wierzbowy? Ląd tyleż sielski, co miastowy? Zakątek na ziemi bezpieczny, zdrowy, w pełni internetowy? Spoglądam na Obcych; pukają się w owadzie czoła, poklepują po antenkach i wyraźnie rechocą. Dokąd płyniecie? — krzyczę w stronę Ziemi. To nie tak, nie tędy, nie z tą załogą! Cały Kosmo z was się śmieje! — wołam wstydu pełen i zażenowania. Tak długo robiliście sobie z życia, z ojczyzny, z planety jaja, że teraz płyniecie na dogmacie i macie żółte gacie!

Dobra, wystarczy, zawracaj — dobiega mnie skrzekliwy głos z prawej strony. Odwracam się w kierunku polskiej mowy i dostrzegam, że jeden z Owadów odstawia na pulpit sterowniczy pustą butelkę po „Bosmanie”. Tu kościoła nie znajdziemy — charczy przez zakręcone w korkociąg siekacze. Leć na Manhattan, tam jest katolicka dzielnica i jakąś bożnicę wynajdziemy. I przestań już tak rechotać, bo potłuczesz pisanki! Że też u nas nie ma święconej wody!

Długo cofa się majak przed jaźni najazdem. Skrywa, unika i jawie zaprzecza, która jest piegowata od brudnych szyb i łachmaniarska, pajęczyną zastępująca leżącą od trzech miesięcy w pralce firankę.

Zakładam trampki i pomijam półkę z kapeluszem. W rozpiętej koszuli wskakuję do tramwaju. Dalej, prędzej, szerzej, wyżej!

Las Arkoński pachnie normalnością, wiewiórka ma inteligentny wyraz twarzy, kaczki na Goplanie pływają bez ustalonej wcześniej pozy, ślimak wysuwa do mnie z przemyślanej dogłębnie skorupki rozsądne czułki. W sentencjonalne poszumy listowia wdziera się tu i tam prakseologiczny wywód dzięcioła.

Świat zwariował, lub na wariata się jedynie upozował, ale tu, pośród zeszłorocznych szyszek i młodej leszczyny, w obliczu wiewiórki i ślimaka, każde, globalne nawet wariactwo, nabiera rozmiarów lokalnej plotki.

Gdy ktoś Wam na czole zechce kręcić koła — wyślijcie go do dzięcioła.