Gdzie obcy ginie

Gorąco, a nawet goręcej jeszcze

Zdjąłem kapelusz. Przez moment miałem nadzieję, że pozbędę się go wraz z włosami, ale te — rzadkie, mokre, posklejane — trwały wciąż na łepetynie niczym żałosne, podtopione relikty bujnej młodości. Dobrze, że siedzę przy oknie — pomyślałem. Autobus ruszy, to coś tam w moją stronę ze szparki w okienku powieje. Pewnie niewiele, bo to, co stamtąd płynąć może, to niewiele więcej niż chuch umierającego kolibra, ale trudno, niech i to… choćby to.

Chodźcie do tyłu, tam więcej wolnych! — słyszę od przodu autobusu. Idą — dwóch facetów i ona; dama do ich, a może nie tylko ich, towarzystwa. No, bez obrazy — kobieta bardzo towarzyska, rozbawiona, młoda jeszcze (jak się wydaje), pobudzona chemicznie (jak się czuje), intensywnie adorowana przez parkę samców (jak się słyszy). Autobus przyspieszył, skutkiem czego chwiejna dama wylądowała nagle na moich kolanach. Oceniwszy jednak pozytywnie swoją sytuację, oświadczyła, że zostaje tu, gdzie usiadła.
No to ja wstaję — odpowiedziałem. Dobra, spokojnie… Jak jajeczka przygniotłam, to pardąsik! — wycisnęła z przystanków pomiędzy zębami i opadła na siedzenie obok mnie.

Towarzystwo cuchnęło przedweekendowym grillem, tanim petem, nalewką i brakiem blend-a-med. Przycisnąłem twarz do szyby i wystawiając to czoło, to usta na strużkę powietrza przebijającą się do wnętrza pojazdu, gapiłem się na krajobraz za oknem.
To jest ich kraj. Tych, co tu przy mnie siedzą — myślałem spoglądając na pleniące się wszędy krzaki, na niechlujne domostwa, na pordzewiałe płoty, na wystające przed domami grupki Grzesiów, Czesiów i innych kolesiów, a gdy autobus skręcił z ul. Nad Odrą w Kościelną i na jednym z budynków odczytałem: Witamy w krainie, gdzie obcy ginie, upewniłem się, że nie jestem u siebie. Że to nie moje miasto, nie moja dzielnica, a Ci, siedzący obok i zionący bluzgiem oraz pleśnią ludzie, nie moi ziomale.

Stołczyn, Skolwin, Gocław, Golęcino… Durne reminiscencję językowe, jakieś miksy sylabowe po głowie błąkać mi się poczęły: Stołowy-czyn, Skool!-win, Go-Wacław! Golę-ci-no-gi… He, he…

Pamiętam, gdy jechałem kiedyś taksówką do Klubu Skolwin przy ul. Stołczyńskiej, po wjechaniu w ulicę Nad Odrą kierowca zwolnił i zaczął się wokół uważnie rozglądać. Niech pan jedzie na miłość Boga! — ponagliłem go. Zaraz mamy przedstawienie! Przepraszam, ale muszę tu uważać. Chłopaki przy tej ulicy zabawiają się wrzucaniem kubłów pod koła. Nie chcę wyklepywać karoserii. Taki pojeb… lokalny folklor — spointował spokojnym głosem. Widocznie przyzwyczajony, jeżeli taki spokojny – pomyślałem wtedy.
Do wszystkiego z biegiem czasu można się przecież przyzwyczaić. Wystarczy na jakiś czas, na chwilę zaakceptować sytuację.
Przejdę, przejadę, przepatrzę, przetrzymam…
Zamknę oczy, zacisnę usta, wstrzymam oddech, zablokuję (słuchawkami) uszy. Jutro będzie łatwiej, pojutrze lżej jeszcze, za tydzień, za miesiąc łatwo to pominę. Będę żył sobie obok, po swojemu, po czystemu, po mądremu, po cichemu.
Będę swoje życie dłubał jak prywatne czółenko, którym, własnym nurtem, wraz, ale — chwilowo — nieco obok, popłynę. Dom mój z biegiem czasu nieco zarośnie, bo to niechybne. Bo to egzystencjalnie nieuniknione i lokalnie uzasadnione. Wszak tak całkiem to nie chcę się wyróżniać, nie chcę sąsiadom narażać.

Raz i drugi nie sprzątnę przed domem chodnika. Niekiedy zaproszę samotnego sąsiada-pijaczka na szklankę wina (z ludźmi trzeba panie w zgodzie żyć). Niekiedy — taki tu zwyczaj — na chodnik splunę, peta obok kosza cisnę, na Tuska, księdza, na znajomych przy grillu, przy dziecku, nabluzgam…
Tak naprawdę jestem — i takim pozostanę — lepszy, mądrzejszy, mocniej rozgarnięty, bardziej higieniczny niż ci, obok.
I tylko tak na chwilę przycupnąłem za tym krzakiem…
… cholera, nie mam papieru!