O Bozi i o kupie

Ciemne piwo z dnia poprzedniego zrobiło swoje. Swoje zrobiło też słońce, które „kopsało żaru” tak intensywnie, jakby lato przyspieszyło kroku i w termicznym skoku, w zielonym amoku, dokonać chciało gwałtu na ledwie skrytych za wiotką zielenią kasztanowcach.

Był koniec kwietnia. Siedziałem na jednej z ławek skweru Andersa co rozciągnięty lubieżnie pomiędzy ulicami Wojciecha, Stalingradu i Więckowskiego, łonił się przyrodniczo i kłonił dziewiczo pod wiotkimi palcami wiatru, który tu i tam wdzierał się w alejki, aby wpuścić pomiędzy półnagie jeszcze krzewy odrobinę drżenia, by te, szelestem młodych listków, iskaniom owym zaprzeczały, jednocześnie skłaniając wiatr do dalszej z nimi swawoli.

Wiatr, czynił krzewom pieszczotę, słońce na drzewach tańczyło złote, a ja, srebrząc się piwnym potem, myślałem o tem, że mam dwa złote. Ale tym, że dwa złote, martwić się  przecież mogłem potem. Teraz na spanie miałem ochotę.

Takom zasł.   

I było mi dobrze, gdy tak spałem w okolicznościach przyrody, choć miasta pośrodku, i nie wiedziałem, czy miasto było, czy li tylko mi się śniło, czy dźwięki okólne mnie dotyczą, czy roję hałas uliczny i pieska obok szczekanie, dzieci wołanie, dzwonów bicie, picie, życie…

Proszę się przebudzić. Bóg na pana patrzy! Przede mną starsza pani. W ręku okładka periodyku parkowego Strażnica. Pod zajawką podtytuł: Przebudźcie się! Dobra, już się przebudziłem, co dalej? – mruknąłem kpiąco. Do pierwszej kolporterki Strażnicy, dołączyła druga – równie podstarzała i równie intensywnie cuchnąca wodą lawendową.

Czy nie macie przypadkiem dziewczęta do waszej literatury załącznika w postaci ciemnego piwa? Butelka Portera przebudzi mnie dogłębnie, choć dalibóg, wolałbym spać tu do wieczora. Albo i do tej, no… Apokalipsy. A właśnie, kiedy to ma się ostatecznie odbyć? No, Armagedon kiedy? Przed moją rentą, czy po niej? Mam czekać, czy dać sobie spokój? Przyznam, że bardziej ciągnie mnie do browaru, niż do nieba… Jedna z pań podeszła nieco bliżej do ławki, na której leżałem i wyciągnęła dłoń, chcąc – jak się wydawało – pogłaskać mnie po głowie. W ostatniej chwili wstrzymała jednak dłoń, jakby przestraszyła się owego gestu miłosiernego. Nie musi pan tego robić – rzekła przytłumionym głosem, choć nieco nerwowo. Świat zmierza ku zagładzie i pan także razem z nim. Ale jest jeszcze czas, czas na to, aby się zatrzymać, wznieść oczy ku niebu
i tam poszukać rozwiązania. Wszyscy mamy szanse, dopóki żyjemy. Trzeba się jednak przebudzić, otworzyć
szerzej oczy, aby Go zobaczyć i odbić się w Jego spojrzeniu.

Mamy bezpośrednie wiadomości. Mądrzy ludzie czytają znaki i o tych znakach piszą. My te znaki rozdajemy. Pan patrzy w złym kierunku, pan spogląda w przeciwną stronę. Proszę się wyspać i odczytać znaki. Tutaj jest drogowskaz – wskazała na własną, spoconą, lecz aromatyczną pachę, spod której wystawała książeczka z białym gołąbkiem na okładce. Niewinna ptaszyna próżno próbowała uwolnić się spod tłustego ramienia. Nie wyleci – pomyślałem, nie ma szans.

I nagle żal mi się zrobiło tego biblijnego zwiastuna, który Noemu koniec potopu gałązką oliwną jako pierwszy zapowiedział; żal niewinnej ptaszyny, która tam, pod tłustą pachą dogorywała pośród lawendy, podczas gdy jej liczni kuzyni grasowali wokół ławki, kąpiąc się w słońcu, porywając rzucane im okruchy, zaczepiając psy i kupcząc radośnie na przechodniów.

Wstałem z ławki, wyciągnąłem ręce przed siebie. Proszę mnie zostawić – krzyknąłem głośno, niemal histerycznie. – Mam żonę i dzieci! Mam swoją parafię i swoją Żabkę po drugiej stronie ulicy. Jestem spokojnym, uczciwym obywatelem! Żony nie zdradzam, psa na dwór regularnie wyprowadzam! Nie chcę, nie będę tego psuł! Kto to widział, żeby tak w biały dzień, w parku, na oczach przechodniów!
Że też wam nie wstyd! Dorosłe kobiety! Zostawcie mnie, zostawcie mnie na Boga w spokoju!

Baby zaniemówiły. Przez chwile stały jak skamieniałe, po czym jedna z nich złapała drugą za rękę i odciągnęła ją od ławki. To tutejszy wariat – krzyczała, zmierzając wraz z koleżanką w kierunku bocznej alejki. Raz widziałam jak robił kupę pod drzewem. To wariat z Mącznej! Szukają go lekarze i policja! Ludzie, uważajcie – tam jest wariat!

Jeżeli historia powyższa nie wydarzyła się, to na pewno mogła się wydarzyć. W każdym razie wydarzyć się prędzej czy później musi. Jeżeli nie mnie, to komuś z Was. Zapytajcie pani Statystyki. Założę się, że wszyscy lubicie ciemne piwo i że od czasu, do czasu niekiedy się nim upijacie.
No, a jeżeli
dodatkowo mieszkacie w Szczecinie i przechodzicie co czas jakiś na kacu przez skwer Andersa, na pewno lubicie przysiąść na drugiej ławce od kabiny Toi Toi (na tej bliżej Bogurodzicy, gdzie deska od oparcia jest urwana). Mam rację? No więc, jeżeli już na tę, lub na jakąkolwiek inną ławkę, raz i drugi usiądziecie – ten felieton będzie o was. Przy czym, kto pierwszy, ten lepszy.  

A wtedy sobie mnie przypomnicie i powiecie: on to napisał, on wiedział, on przeczuł. Nie obwołujcie mnie jednak prorokiem i nie zakładajcie na moją cześć nowej społeczności wyznaniowej, albo kościoła. Nie chodźcie po parkach z przedrukiem moich felietonów w broszurę ujętych, ku bliźniego przebudzeniu. Ludzie w dupie mają Apokalipsę, gdy wiewiórka im z ręki bułkę wyżera, gdy uwodzi ich wiosna, gdy kac torturuje, gdy uda zimne, bo dziury w kieszeniach, gdy wygrali, gdy przegrali, gdy porzuceni są, lub gdy zakochani. Jednako.

Może i Bóg mieszka w parku (bo wszędzie podobno mieszkać może), ale wątpię, aby przychodził do mnie, gdy śpię na ławce. W parku są kupy i różne przygłupy, które chrześcijańską Bozię, w spoconych łapach, po ławkach roznoszą, a którym Biblia abstrakcyjną jest dziedziną, jak nie przymierzając Wikipedia misiowi koala.

Bozia najchętniej przychodzi do poduszki. I przychodzi dopiero wtedy, gdy uwolnimy już wszystkie westchnienia i gdy dzień pomyślimy, jako łąkę pełną kwiatów i motylków i ostów i wykrotów. Bozia nie gania za nami po parku. Bozia – jeżeli jest – spotyka się z nami pod powiekami. No, niekiedy zagląda do kościoła. Choć nie do każdego.     

 I ostrzegam Was  Świadkowie Jehowy: nie podchodźcie do mnie, gdy śpię na ławce, a szczególnie, gdy z niej spadnę, nie podchodźcie. Sen mój przypływa do mnie rzeką portera, gdzie nad korytem głębokim anieli skrzydła na plaży odpięte złożywszy, kształty swoje bezpiórne nad nurtem pochylają i twarze bialutkie z cnoty obmywają.