Żebraki

Aleja Niepodległości. Wejście do sklepu Palladium.

Czego mi tu śmierdzielu nogi podstawiasz? Do roboty bęcwale, a nie na chodniku niedomytą dupę kisić! Ciągnij pomału do kanału! — podpity jegomość, niewiele tylko schludniejszy od siedzącego na chodniku mężczyzny, pluje żebrakowi na buta, po czym, dość już tłustą wiąchę okrasza skwarkiem głośnego beknięcia. Odrzuca peta. Wchodzi do sklepu. W siatce, niesie dwie puste butelki po piwie. Na wymianę. Kilka dni wcześniej, w tym samym miejscu siedział ziomal, który przy swojej czapce ustawił tekturkę z napisem „MAM KACA”.

Kościół przy ul. Bogurodzicy. Kobieta. Wiek nieokreślony. Siedzi na granitowym stopniu. Przed nią jakaś szmatka, tekturka, dziecięca czapeczka. Kobieta milczy. Sprawia wrażenie jakby było jej obojętne, czy ktoś ją wspomoże, czy też nie. Nie wygląda na chromą, czy wycieńczoną. Nawet na biedną nie wygląda. Może i nie głodna. Ale kto to wie… Łatwo osądzać, łatwo wyciągać wnioski zbyt pochopne. Dzisiaj — kiedy ciuch w miarę czysty, a nawet markowy kupić można w sobotę za przysłowiową złotówkę — wszyscy ubrać się mogą w miarę schludnie.
Chyba, że chlają. Wtedy smród i rozmemłanie ich dopadną. Wcześniej czy później.

Park, a właściwie skwer Andersa. Na ławce śpi jegomość. Przy pobliskim drzewie sika inny. Pewnie kolega śpiącego. Ci nie żebrają. W każdym razie nie wprost. Ale i oni datek przyjmą. Choć tu pewność mieć wypada, że każda moneta pójdzie na kirę.

Brama Portowa. Tramwaj. Do wagonu wchodzą dzieci. Gdy skład rusza, dziewczynka w wieku około-gimnazjalnym, „odpala” akordeon. Grać nie umie. Rozciąga instrument, który zgodnie z jej chaotycznymi, nawet nierytmicznymi ruchami ramion, wydaje z siebie dźwięki, przy których uliczny hałas brzmi jak „Moonlight” Beethovena. Za dziewczynką podąża kilkuletni chłopiec z czapeczką. Dziewczynka (niby) gra, chłopiec zbiera drobne okruchy litości, które ten i ów wrzuca do wymiętego kaszkietu.

Jaki jest wasz stosunek do żebraków?
Mój dziwny jakiś, nierównomierny, niezdecydowany. A to dlatego, że nigdy nie wiem jak na nich reagować. Brzydzić się? Współczuć? Litować? Uciekać? 
A może przed litością uciekać ? Ale wszak oni litości chcą. I w większości, w masie swojej (jak powiedziałby mój kolega Andrzej, socjolog) oczekują od nas współczucia, gestu, odrobiny uwagi. Jak jednak im to dać, gdy sami najczęściej jesteśmy mało zauważani, pomijani, niedotuleni i pozbawieni odpowiednich zasobów środków płatniczych (cokolwiek ta „odpowiedniość” ma oznaczać). Poza tym żebraki, nie są jakąś tam „masą”. Tak, jak my — nieżebraki. Każdy ma swój los — jedyny, niepowtarzalny w urodzie i w tragizmie. Tylko, że ja o urodę swojego losu nieco się staram, zabiegam, szukam tej urody tu i tam. A oni, ci na ulicy, nie robią najczęściej nic. Siedzą i nie zabiegają. Lenią się publicznie i bezczelnie. W oczy, pod nogi, w uszy z tym swoim lenistwem włażą.

I jeszcze każą mi każą za to lenistwo płacić. A jednak. A jednak winny jakiś się czuję, gdy… później o tym myślę. Bo faktem bezspornym jest, że pominąłem przed chwilą czyjąś dolę mi nieznaną przyklejoną do publicznej ściany. Nie znam tego żebraka. A nie znając mogę powiedzieć, że obszedłem bokiem bliźniego mego. Człowieka z Kartką w Dłoni, która to kartka, niby przepustka do baru mlecznego, podpisana być mogła jednym moim gestem, poparta jedną drobną monetą.

Odebrałem człowiekowi talerz z ciepłą zupą. A jeżeli nie odebrałem, to mu jej nie dałem. Byłem, jestem więc obojętny na krzywdę bliźniego.

A właśnie, że nie jestem. Miałem bowiem tzw. Moment moralny, jakieś rozważanie się oto we mnie odbyło. Wahałem się, ważyłem, zastanawiałem, wybierałem. A to już wiele. To bardzo dużo. Bo inni to nawet nie patrzą. A ja na żebraka spoglądam. A patrząc myślę. I waham się. Jestem więc w gruncie rzeczy dobrym człowiekiem. Współczującym, zatroskanym. Ale i zarazem jestem człowiekiem przezornym.

Bo przezornym być trzeba. Takie czasy. Kapitalizm nastał. Wszyscy kombinują jak by tu i gdzie bytu coś dla siebie wyrwać. Kogo naciągnąć, kogo skroić i zblatować. Nieraz zadajemy sobie przecież egzystencjalne pytania w rodzaju: Dlaczego zawsze, ktoś, gdzieś, komuś, coś, a mnie nikt, nigdzie, nigdy, nic? I odpowiedzi nie znajdujemy. Bo jej nie ma. Lub są zawiłe. Albo bardzo niemiłe. No, bo — dajmy na to — taki żebrak, gdy sypnę mu drobniaków, do chemicznego po barolę, vide opal kurę, alias denaturat zaraz pójdzie. Albo kupi piwo i papierosy. Albo upije się i pobije żonę, lub po własną córkę brudną łapą sięgnie? Bo i to się wszak przydarza.

Więc słusznie robię, że nie dają. Po pierwsze: sam niezbyt wiele mam, po drugie: chronię człowieka przed samozagładą. Wiem co prawda, że i beze mnie, gdy się uprze samo-się on zagładzi, ale świadomość tego, że ja się do jego destrukcji nie przyczyniam — przynosi ulgę.  Ale może to wszystko, to jakaś pseudo-moralne konfabulacje? Dym na serce? A tak naprawdę, po prostu nie chcę być frajerem?

Nie wiem jak w innych miastach. W Szczecinie żebraków jest sporo. Przy tym zawsze o kilku za dużo. Nie narzucam swojego zdania, nie generalizuję, nie prowokuję. Ot, dociec chciałem, w sposób nieco publiczny, własnych odczuć i reakcji.

Pozwólcie, że — z powodu upałów — pointę swoją odzieję w kieckę krótką, oraz w refleksję mało oryginalną, banalną może, ale „kto się czuje Niebanałem, niech pierwszy rzuci oryginałem”. Człowiek każdy w godność jest wyposażony. Jednak dla niektórych wystarczające pokłady godności niesie już sama przynależność do gatunku hominidów. Z tych pokładów czerpią. Nimi się bronią. One ich usprawiedliwiają.

Cokolwiek czynią ludźmi są. Ale tu trzeba nieco więcej. Szanować się, to nie śmierdzieć. Bieda, nawet głód, ale nie smród. Chyba, że zadbać o siebie już samemu nie można. Chyba, że choroba w łóżko złoży.
Życzę Wam nieustannego dostępu do golarki. Choćby miała to być tylko żyletka na ołówku.
I troskliwej dłoni ze szklanką herbaty też życzę.
Gdy potrzeba takiej dłoni nadejdzie.