Cały z płaczu

Obudziło mnie szczekanie psa za oknem. W celi panował półmrok. Wieczór, czy poranek? Jednak wieczór. Zdrzemnąłem się po kolacji. Po wejściu do celi nikt nie pytał mnie, ani skąd, ani za co mnie zgarnęli. Tylko czy grypsuję. Widocznie wyglądałem na tak zmęczonego, że — póki co — dano mi spokój. Ktoś mi wskazał łóżko przy oknie. Jedzenie, ciepło i spokój zadziałały rozluźniająco. Rzuciłem koce na gondole i nie wiem kiedy odpłynąłem pod powieki.

Która to godzina? Gdzieś w głębi korytarza zadzwoniły klucze. Dwóch skazanych grało w szachy, lub w warcaby na taborecie ustawionym pomiędzy łóżkami. Nad nimi zwisała noga trzeciego więźnia, noga bosa, naga, bezbronna, noga ruchem regularnym wtórująca odgłosom chrapnięć wydobywających się z owiniętego kocami zarysu postaci. Przez dłuższą chwilę patrzyłem bezmyślnie na ten chwiejący się giczał. Przyzwyczajałem wzrok do otoczenia: łóżek, ścian, okien i sufitu. Po chwili usłyszałem szum drzew. Platany rosnące wzdłuż ulicy Kaszubskiej w pobliżu więziennego muru. Szept zanurzonych w wietrze liści. Gdzieś przy oknie, może na parapecie zagruchał gołąb.
Z kranu kapała woda. W pobliżu gadało radio. Pewnie w wojskowych koszarach stojących po drugiej stronie ulicy. Z celi obok dobiegły mnie słowa piosenki fałszywie nuconej zachrypłym nieco głosem, przechodzącym chwilami w chłopięcy dyszkant: „…Że bez ojca i matki spędza tu długie lata, ojcem jego jest beton, matką więzienna krata”. Na ulicy kroki. Samotne stąpnięcia kobiecych nóg obutych w wysokie trzewiki. Odgłos twardych obcasów odbijający się spiczastym echem od chodnika, więziennego muru i ścian pobliskich kamienic wspinał się po parapetach, uderzał w blendy okien, rezonował pomiędzy kratami i pobudzał wyobraźnię widokiem młodych, rozkołysanych bioder sunących tam, za ścianą i zasiekami, wzdłuż opustoszałej ulicy, w stronę Śródmieścia. Dziewczyna. Młoda, ładna, spieszy na spotkanie, na przytulanie, całowanie, na ramion i ust zapodzianie… W celi obok umilkł śpiew i po chwili ktoś zaskowyczał z okna ku tym krokom na ulicy, a następnie zaskomlał i posłał w dół, ku chodnikowi, krzyk, na poły rozpaczliwy, na poły błazeński: „Lala, zrób mi laskę z dala!”. Z innego okna zawtórował mu drugi głos: „Hej tam na dole, jak masz na imię? Przyjdź z alkoholem to cię wydymię!”

Przejechał samochód… Jeden, drugi… I znowu cisza. Która godzina? Nie mam zegarka. W depozycie. Mniejsza. Dobrze mi tu. Ciepło, czysto, bezpiecznie. Nareszcie bezpiecznie. Jutro… Jutro? Jutro nie istnieje. Albo istnieje gdzieś za rok może. Zawsze jest tylko dzisiaj. Dzisiaj jest dobre. Jest duże lepsze, niż wczoraj. Ból obitych pałami pięt i pośladków, twarde kojo, gołe dechy osłonięte jednym kocem. Drugi koc do przykrycia. To już za mną. Za murem. Za bezpiecznym murem. „Wczoraj” nie ma tu przepustki. Ani pozwolenia na widzenie. — „Jaką chcesz pałą oberwać, czarną czy białą? Żadną? No to dostaniesz wpierdol czerwoną!”. Czerwona pała. Szturmówa. Skąd oni ją wzięli? Nie wiedziałem, że takie w ogóle mają. „I módl się kutafonie, żeby ekspedientka przeżyła, bo jak nic zaliczysz piętnastaka”.

Nie musieli mnie straszyć. Sam się modliłem. Każdego wieczoru, w każdej wolnej chwili, — gdy mnie akurat nie przesłuchiwano — prosiłem Boga o litość, o szansę jedną, o zdrowie dla tej młodej kobiety, co ją w sklepie popchnąłem. Bo gdyby ona nie przeżyła… Doznała podobno ciężkiego wstrząśnienia mózgu i nie odzyskała jeszcze przytomności. I ten kac. Kroplówki, tabletki uspakajające wyżebrane u siostry oddziałowej, witaminy, mleko z bułką na śniadanie… Nie wierzcie w takie rzeczy. Nic nie pomaga. Alkohol sam się musi do końca wypalić, a z ciężkiego zatrucia, takiego na granicy śmierci, nie wraca się do zdrowia wcześniej niż po 4-5 dniach. Mundurowi wywęszyli mnie jeszcze w szpitalu. Pilnowali. Później w karawan i na komendę.

Ten pies za oknem. To szczekanie złowieszcze jakieś. Dlaczego mnie to ujadanie tak wkurza… Jasne! To bydle przypomina mi moją śmierć w sadzie u Domańskich. Tak. Tak ją nazywam — Śmierć. Moja śmierć. Moja własna, wierna, cierpliwa. Cierpliwa… Nie śmierć nie musi być cierpliwa. Cierpliwość to cecha niecierpliwych, którzy umieją panować nad swoją gwałtownością. Cierpliwość to umiejętność obcowania z bólem czekania. Śmierć nie musi być cierpliwa. Śmierć jest zamyślona. Bo — sprawiedliwa. Sprawiedliwość musi być nieco zamyślona. Smutna nawet. Nie gwałtowna, nie namiętna, krwi, życia końca, duszy z ciała uwolnionej spragniona, ale zamyślona i raczej smutna. A smutna najbardziej. Bo Śmierć to królowa smutku. Ona wszelkie troski w siebie zbiera i — gdy już przychodzi — płacze cała. Taka ona w zawłaszczaniu człowiekiem poważna i smutna jest. Wie, że konasz, że cię ze sobą zabiera, ale wraz z tobą płacze.

W trwodze, w przestrachu, w bezsile własnego umierania jak niemowlę nagie przed nią leżysz i myślisz sobie: „Łzom jeszcze zaufam, modlitwie strach oddam, może odstąpi, może przyjdzie jutro, lub za miesiac”, a nie wiesz, że to ona w tobie łzy najbardziej leje i że ona odmawia w tobie pacierze. Bo to w śmierci najwięcej jest potrzeby życia i to ona właśnie, jak nikt na świecie, rozumie życia cenę. Życie nawet i w tym nie jest przeciw śmierci, że jest dla niej. Bo bez życia i ona istnieć by nie mogła. Śmierci nie chcemy, a ona najwierniejsza, śmierci lękamy się, a ona najsprawiedliwsza, śmierci zaprzeczamy, a ona wszystkiemu w nas wartość nadaje. I sensy określa. A wszak, pomimo to, że dobra i sprawiedliwa, walczyć z nią trzeba. Bo jest i tak, że ona przyjdzie i tylko spróbuje, czy chcemy dalej, czy naprawdę potrzebujemy dalej żyć, czy jest w nas dość miłości, dość potrzeby i miłości życia i potrzeby kochania, dość spraw, które powinniśmy, które załatwić na świecie jeszcze chcemy i gdy na opór natrafi wystarczająco mocny, odstępuje od nas jeszcze na czas jakiś.

I mnie, tam, u Domańskich w sadzie, ona także odstąpiła. I później, na stacji, odstąpiła po raz drugi. Zresztą, może to ja odstąpiłem od niej, a dopiero później ona… Tak mocno żyć zachciałem, jak nigdy przedtem. Więc ona spróbowała i odstąpiła. Westchnęła tylko ku mnie. Tak, abym wiedział, że ona blisko, że to nie przelewki. Bo chociaż po nią szedłem, nie dość jej wtedy jeszcze chciałem. Żyć chciałem, a nie wiedziałem o tym. Więc tylko jej oddech we mnie pozostał. O wie ona teraz, że ja jej gardła mojego łatwo nie oddam. Sprawy mam jeszcze do załatwienia. I wie, że oddam jej się wtedy tylko, gdy poznam, że to ona, prawdziwa i prawdziwie moja. Nie podróbka, fałszywka, na zwiady jedynie wysłana. Ale potrzeba mi będzie wtedy tej jednej sekundy zrozumienia i jednej chwili pewności, zanim w cieniu jej ciepłym i bliskim i kojącym jak w dłonie matczyne się ułożę. O to się także modlę. Abym czas miał ją rozpoznać i zaakceptować, a później objąć się jej całemu pozwolić. Bez rozpaczy, błagania rzężenia, bez poniżenia. I aby pójść z nią tam, gdzie wszystko się zaczyna i ku czemu wszystko zmierza. Do boskiej robotnicy, Posłannicy Pana lub robaczywej Dziewicy-Próchnicy. Wszystko jedno. Lepiej być niedowiarkiem, a przy tym starać się postępować na swoją miarę godnie. No, może nie zawsze, bo to i niemożliwe, aby zawsze godnie, a i ostatecznie nudne strasznie, ale w każdym razie starać się. Napsuć nieco, nagrzeszyć i naprawić. Ubabrać się i obmyć. Tak, aby być jakoś na plusie. No wedle własnej miary. No, może nie tak, aby psuć z rozmysłem, ale przecie nie da się żyć, nie da się iść do czegoś tam, co się wymyśli i postanowi i przedsięweźmie, bez napsucia komuś czegoś, kto akurat w poprzek. Ludzie są, ludzie muszą być sobie w poprzek. Różne mają potrzeby, ścieżki, plany nadzieje i upodobania. Więc muszą.
Ten pies… Niech go szlag…

Ależ pochlałem. I to była ta pierwsza kostka domina, która następne kości powalać zaczęła. Zresztą klocków to mi się w ciągu lat ostatnich kilka kompletów już wywróciło. Tylko co jakiś murek, płotek, ściankę ustawię, wyrównam — już jedna cegiełka leci, a po niej następne. To już tak pewnie być musi, bo ja cały przewrócony jestem. Geny mam w domino poustawiane. Psia ich mać.

A ten tam wyje, jakby diabła miał za skórą.

Przyjechałem na kilka dni do babci, do Krempnej. Nie piłem od dwóch miesięcy, chociaż kłótnie w domu ciągle trwały. Nie mogłem sobie miejsca znaleźć. Trochę pisałem, trochę czytałem, ale w sumie nie umiałem oddać się niczemu do końca. A może i nawet w połowie nie umiałem. Rozdrażniony byłem, niedobry. Gorszy niż wtedy, gdy wracałem do domu po dwóch, trzech dniach pijaństwa, skruszały, pokorny, zdołowany fizycznie i moralnie, cały przepraszający. Jadwiga w ciąży, w siódmym miesiącu, a ja psychicznie rozchwiany, niezdolny — poza chwilowymi porywami czułości — do pomocy, do opieki nad nią. Wreszcie postanowiliśmy oboje, że wyjadę na dwa tygodnie na wieś, aby dojść do siebie, poukładać w sobie, być może pozbierać co niegdyś czułe, a co teraz rozpłynęło się niemal całkowicie w rzece alkoholu, podczas moich wypadów na „starą dzielnicę”. To miało być coś w rodzaju próby. A może i uzdrowienia, bo nachodzić zaczęły mnie lęki, bezsenność, a nawet psychozy. Jak dawniej. Jak wtedy, gdy skończyło się to szpitalem. Ale o tym w domu nie mówiłem. Wstydziłem się chyba opinii wariata.

Więc mówiliśmy tylko o próbie wyjścia z depresji, a lekarstwem miała być wieś właśnie. Miejsce, które w dzieciństwie ukochałem, do którego w marzeniach wracałem, które mi się śniło. I tamci ludzie, krewni, dawni znajomi, a przede wszystkim babcia — mądra, czuła, spokojna. Jakaż cierpliwa i wyrozumiała była Jadwiga, że zgodziła się na ten wyjazd. Być może nie widziała już innej dla nas szansy, być może była już mną zwyczajnie zmęczona i rozczarowana.

Pytałem się siebie samego, czy umiem odnaleźć jeszcze w sobie czułość i — co może ważniejsze — dorosłość. Dorosłość czułości. Tak właśnie — dorosłość czułości. Jeżeli mam ją. Jeżeli słowa, które wymyślam, które przeżywam, gdy się schylam nad wierszami, są moje. Chyba, że ulepiam je, te słowa, nad którymi i płakać niekiedy przychodzi, no chyba, że z obcych uczuć, z podsłuchu, z podpatrywania, z przeczytania je biorę i ukręcam im głowy i nóżki obrywam, i twarze im deformuję aby przyswoić, nazwać i uwierzyć, że one moje, że ze mnie wyrosłe. Jak zboże co podnosi się z pola roku każdego. A jednak — czy zboże jest własnością pola? A nie bardziej gospodarza, co je spulchnił całe, osiał i co mu — polu temu — deszcz i słońce modlitwą u Pana Boga wyważył? Temu, co, każdą zaoraną skibę potem swoim zrosił? A ja, czy polem jestem słowom moim, czy ich gospodarzem? Glebą tylko, miejscem wzrostu, czy urobnikiem ich, co to myślą je otacza, uczuciem kształtuje, w sercu na pył rozciera i bada uważnie ich zapach, kształt i barwę?

A może zboże należy także do motyli i do pszczółek i do robaka, co korzeniom glebę spróchnia i pod ziarno umaszcza? Więc jakie słowa — pytam — moje są i moje jedynie? I czy w ogóle mogę jakieś słowo w sobie urodzić, co by było tylko moje?

Ojciec czekał na mnie na peronie. Miał flaszkę. I kubek. I słoik ogórków z babcinej spiżarni. Poszliśmy na trawę za ogrodzeniem. Tuż przy stacji. Tam, gdzie ta zardzewiała pompa. Tam jest taka polanka pomiędzy brzózkami. Idealne miejsce na przywitalną i pożegnalną wódkę. Podczas jazdy stałem w oknie i czułem jak wiatr wywiewa ze mnie resztki etanolu, a zapach wchodzących w zieleń zbóż okraszonych wysepkami maków i obrzeżonych ciemnym kołnierzem lasów na horyzoncie, przenika skórę i poprzez płuca wdziera się w krwiobieg faliście, przejrzyście, soczyście. Więc teraz miałem to ubabrać? Zdeptać, zaprzeczyć? Zaprzeć się przy tej starej pompie całej tej radości świeżego umysłu i zdrowego ciała? Ale co tam. Szklanka jedna nie zaszkodzi. Dlaczegóż by nie? Nic mi przecież nie grozi. Tak byłem pewny siebie, że bawiłem się myślą o własnej obawie. Wypiję jedną, podpuszczę cug, a potem spokojnie odmówię następnej kolejki. Jedna i do babci. Do domu. No bo gdyby wcale, to pokazałbym, że ta odmowa z naprężenia i że w strachu cała i słaba bardzo. Bo tak wcale, tak zupełnie nic, to jakieś takie histeryczne. Tak gwałtownie to słabość i niepewność bronić się lubi.

O, wiedziałem, że tak będzie, że ojciec flaszkę przytaszczy. Nie wiedziałem jednak, że wylezie po mnie aż na stację. Ale dobra, co mi tam, może i lepiej. Wciągnę setę i powiem mu jakby nigdy nic: „Dobra, na dzisiaj wystarczy, wrzucę coś na kocioł i połażę po wsi. Chcesz wywalić resztę to zawołaj stryja, on ci pomoże resztę rozpracować”. Tak mniej więcej kombinowałem. Wtedy pokazałbym jaki silny już jestem. No i prawie się udało. Tylko… no, zapaliłem się rozmową. Być może ojciec mnie trochę podprowadził. Tak teraz myślę. Wiedział gdzie szarpnąć, jakie słowo pod nogi cisnąć abym wpadł w poślizg. No i wystarczyło o jeden raz za dużo podnieść. Sam zacząłem nalewać kolejną lufę. A on zwlekał, droczył się, a przy okazji prowokował. Może zresztą trochę to wyczuwałem. Może dawałem się tak na tych słowach wozić jak na skórkach od banana. Dość, że u pobliskiego gospodarza kupiliśmy jeszcze jedną flaszkę, a później jeszcze jedną. Miałem za sobą noc w pociągu. Byłem głodny a do tego złakniony gadania. Później już nie pamiętam. Dopiero ten pies. Nie wiem skąd tam to bydle i skąd ja. Dość, że ocknąłem się, gdy leciał już za mną, leciał na mnie, a ja, w sadzie jakimś zarośniętym, a wkoło jeżyny i kury mi spod nóg wyskakiwały na boki. Najpierw myślałem, że to sen. Że śpię i może w pociągu jeszcze jestem. Miewałem takie sny, podczas których uświadamiałem sobie w pewnym momencie, gdy strach paraliżował mnie już na całego, że to, co mnie otacza, dzieje się jedynie w mojej głowie i że wystarczy przetrzeć oczy, aby wyrwać się ze szpon zmory. Pamiętam nawet, że w pewnym majaku skoczyłem z jakiegoś wieżowca, gdyż wiedziałem, że nie może mi się nic stać. Ale to z psem było zbyt realne. Tak realne jak jeżyny, które darły mi spodnie i rozdzierały łydki, gdym przedzierał się przez nie z sercem, które w przełyku czułem. Nic nie rozumiałem, nie pamiętałem tego, co zdarzyło się przedtem. Świadomość wskoczyła na mnie nagle zdziczałym sadem i tym psem diabelskim. Sadem pełnym psa i psem sadzącym za mną z prędkością lokomotywy. I nagle upadłem. A wtedy pies skoczył mi do gardła. Ledwie zdążyłem szyję ręką osłonić, gdy poczułem zęby na nadgarstku.
I coś jeszcze poczułem — złość ogromną. I żal. I ten żal większy był jeszcze od złości.
I od strachu. I nie wiem do kogo ten żal i tak gwałtownie. Do psa, do siebie, czy do ojca może. Albo do Boga Ojca samego. Bo zewsząd on mnie — ten żal — napadł. Także i z tej gwiazdy, którą nad głową, w momencie jednym, gdy upadłem, kątem oka ujrzałem. A może i z jeżyn w które się wplątałem i jeszcze z trawy, w której zginąć miałem jak zdybana w sidła kuropatwa, a trochę pewnie jeszcze z domu babcinego, co tam, za polem, ciepłym oknem drodze wiejskiej świecił. A może także z książki, którą przed wyjazdem pozostawiłem w domu na stoliku przy łóżku otwartą. A najpewniej zewsząd naraz i ze mnie jeszcze. A ze mnie być może i najbardziej. W każdym razie miałem go, ten żal, miałem go w sobie i na sobie i cięższym on był nawet od tego psa, co śliną chlapał mi już po twarzy.
I z tego żalu, z niego właśnie, krzyczeć zacząłem. A wrzeszczałem całym jakby życiem i śmiercią całą. I żal ten i wódka i babcine ogórki wraz z tym krzykiem, na tym krzyku wyjechały ze mnie prosto w rozziajany, śmierdzący, zaśliniony psi pysk i w psie czerwone, mordercze ślepia.

I wtedy stało się coś nieprawdopodobnego — bestia przysiadła na zadzie, a następnie rzuciła się ze skowytem do ucieczki. Wtedy obróciłem się na bok i całą resztę z trzewi w trawę z siebie wydarłem. Później przykląkłem i czepiając się gałęzi pobliskiego drzewa wyprostowałem nogi i ruszyłem w stronę pola. Gdy po kilkunastu sekundach wytaczałem się z sadu, uchwyciłem się jakiegoś zeschłego płotu i spojrzałem na miejsce swojej kaźni. Ten Który Mnie Przed Chwilą Zagryzł pochylał się nad tym, co przed chwilą pozostawiłem w krzakach. Machał ogonem. Był ostatecznie zadowolony.

Później szedłem przez pole. A była to droga jakby wskroś siebie podjęta. Przez te wszystkie nierówności, doły, zakręty i kamienie.
Szedłem, a krajobraz podsuwał mi przed oczy to miedzę wąską, to fragment nieba zachodem już pociemniałego, to kawałek lasu z tej lub z tamtej strony, tudzież strzechę wynurzającej się zza pagórka chałupy. Wszystko wokół przesuwało się, tańczyło, kołysało, a ja z trudem wbijałem się w grunt nogami i odpychałem do tyłu to całe rozchybotane pole, dążąc ku drodze, która miała mnie doprowadzić do babcinego domu. Setki razy spadałem z miedzy waląc się w młode zboże, pomiędzy maki lub kapustę i po każdym upadku leżałem dłuższą chwilę, łapiąc oddech i walcząc zaciekle z nieubłaganą potrzebą snu. „Babciu — szeptałem — babciu, wyjdź po mnie z lampą na pole. Wyjdź po mnie i uratuj bo, co psu odebrałem, ziemi oddać będę musiał. Babciu Antosiu. Babciu uratuj”. Gadałem tak do siebie i było to gadanie jak modlitwa, cała gorąca łzami, które mi po gębie usmarkanej ciekły nieustannie. I nagle pole się skończyło, a ja wylazłem na sklep. Taki wiejski, ogólno-spożywczy, gdzie i wiadra, i piwo, i ogórki, i mięso można kupić. I ja w ten sklep z rozpędu, wprost z pola, przez drzwi z hurkotem wparowałem. I rozpoczął się film drugi. Albo drugi odcinek. Z marszu, bez czołówki, bez zwiastuna, bez zapowiedzi. Była to kolejna kostka domina. I ja sam byłem tą kostką, gdy tak z pola wpadłem do sklepu.
A tam nikogo. Tylko sprzedawczyni coś na półce ustawia. Obejrzała się i krzyknęła ze strachu, a po chwili z przestrachem do mnie: „Co się panu stało? Czy ktoś pana pobił?” A ja, że nie, tylko, że się trochę zmęczyłem tym spacerem z psem po polu, ale jak wypiję nieco wódki, to pójdę spać i do jutra wszystko się ułoży. Tak do niej. A ona pyta jaką wódkę chcę. A ja jej, że Gorbaczowa. I z lodówki koniecznie. Więc ona dalej ile, no niby jakiej flaszki potrzebuję, a jej, że krowę, tzn, 2/3 litra. I Żywca z bąblami. Wodę znaczy się czystą. A w tym samym czasie stoję z boku, słucham tego, co mówię i zastanawiam się czy mam kasę na dużą flaszkę, albo na flaszkę w ogóle. Kobieta stawia butelki na blat, a ja, że chcę reklamówkę. Po to, aby zyskać na czasie i przemyśleć, ile kasy powinno mi jeszcze zostać po porannej z ojcem kirze. Sprzedawczyni ładuje butelko do folii, a ja biorę reklamówkę i wychodzę. Bo już postanowiłem, że jej nie zapłacę. No więc ona do mnie, że nie dostała pieniędzy, a ja, że przed chwilą wzięła ode mnie 50 zł. Mówię też, że reszty nie trzeba i zmierzam do drzwi, a ona za mną i łaps za torbę i odebrać mi chce zakupy. Wtedy złapałem ją dłonią za twarz i pchnąłem do tyłu na ladę. Brzęk, rumor…. Wychodzę i nawet się nie oglądam.
Droga pusta. Staję i szczam na pobliski płot. Idę dalej. Najpierw to chciałem iść do babci, do stodoły i tam wypić kilka łyków. Tak, żeby stanąć nieco na nogi. Albo żeby szybko zasnąć. Bo może najpierw zasnąć chciałem — nie pamiętam. Ale później się rozmyśliłem i postanowiłem znaleźć ojca. Żeby zrewanżować mu się za poranną wódkę. Ale po drodze (a miałem chyba zamiar okrężną drogą, wzdłuż szosy powrócić na stację) musiałem przejść obok babcinego domu. Więc, gdy do niego podszedłem, zakradłem się na podwórze i na palcach podszedłem do okna. Zaglądam i widzę, że babcia stoi przy kuchni i dokłada szczapy do paleniska. Na kuchence gar duży się warzy. Babcia miesza w saganie i nagle wyjmuje zeń pieroga. Próbuje czy dogotowany. Myślałem, że zemdleję z głodu, ale i od razu rzygać mi się zachciało. Cofnąłem się w podwórze i wtedy zauważyłem rower stryja Władka oparty o płot przy oborze. Postanowiłem go sobie pożyczyć, ale zanim to zrobiłem, wyszukałem na podwórzu kawałek kija i przed wejściem do chałupy, na ubitej ziemi wydrapałem słowa: „DZIEŃ DOBRY BABCIU”. Potem położyłem się na ziemi i ucałowałem drewniane schody przed drzwiami. Nie wiem pod przy której chałupie na drodze udało mi się wreszcie usiąść na siodełku. Kierownica wymykał mi się z rąk, rama wyjeżdżała spod siedzenia, a koła kręciły się jakby w różne strony, więc jechałem raz do przodu, a raz do tyłu. Wreszcie zakręciłem mocniej i poniosło mnie przez ciemną wieś, ku szosie i ku stacji. Wódka wisiała w torbie na kierownicy, a ja modliłem się, aby nie upaść. Zgubiłem tylko flaszkę z wodą mineralną. Po drodze przejechały mnie cztery samochody osobowe i jedna ciężarówka, która najechała na mnie z przodu wciskając mi w twarz łańcuch od roweru i wgniatając mnie w asfalt jak żabę. Raz także wpadłem pod motocykl, a innym razem spadłem z mostu do rzeczki, w której utopiłem się do imentu, po czym zasnąłem na twardym żwirze, pomiędzy starą oponą rowerową i kilkoma srebrnymi kapslami od piwa, które mrugały do mnie w wodzie jak gwiazdy.

Wreszcie stacja wyjechała na mnie pasiastym szlabanem, na którym przez moment, wyczerpany, nie schodząc z roweru, wisiałem przerzuciwszy ręce i głowę na drugą stronę. Następnie przeszedłem pomiędzy pasiastymi ramionami metalowych rur, ustawiłem rower przy płocie i poszedłem na polanę, gdzieśmy z ojcem rano pili. Nikogo. Światło z lampy nad peronem odbijały się blado w słoiku po ogórkach i w pustych butelkach po Krakusie. Myślę sobie, że ojciec leży gdzieś może jeszcze w trawie, więc penetruję okolicę. Na próżno. Więc aiadam i wyjmuję z torby Gorbaczowa. Słyszę jak we wsi szczeka pies. Lampy zawieszone na drutach wzdłuż peronu kołyszą się na wietrze. Drzewa wzdychają wiatrem. Unoszę butelkę do góry i dostrzegam gwiazdy, które po chwili spływają we mnie razem z wódką. Ulga. Kilka głębokich oddechów i następny, długi haust. Wódka leci we mnie jak kompot. Gdy celuję dnem ku niebu, gwiazd nade mną jakby przybywa.
Jestem peronem, torami i semaforem. Rozpływam się w drzewach. Macham do gwiazd, drzew i latarń i one mi odmachują. Opróżniłem butelkę do końca. Później patrzę na jej gładkie, pozbawione mocy ciało i poczynam płakać z czołem opartym o pustą i obojętną flaszkę.

Więc ją rozbijam o kamień trzymając za szyjkę. Przytykam krawędź do przegubu lewej ręki. Gwiazdy skrzypią nade mną przymocowane do słupów nad torami i tańczą wraz z drzewami. Wszystko tańczy. Nic nie ma poza tańcem. Ściskam lewą rękę kolanami, tak, aby nie wymykała mi się na boki. Prawą ręką wbijam szkło poniżej dłoni i ciągnę ku sobie. Prawie nie boli. Przez moment leżę w trawie twarzą do góry. Widzę jak Wielki Wóz zjeżdża z góry na mnie, cały wypełniony migotaniami, które zaczynają biegać mi po rzęsach jak zimne ognie. Za dużo tego tam — myślę. Jeżeli to wszystko tam bezludne, to po co to komu? Dziwne, nic mnie nie boli. Unoszę dłoń do góry, aby sprawdzić, czy wystarczająco mocno przejechałem szkłem przez przegub. Czuję krew na czole. Jest OK — myślę. Wtedy słyszę gwizd lokomotywy i już wiem, że to sen, tamten, dawny sen, który wracał do mnie kilka razy, a w którym leżałem na torach mając nogi wciśnięte w podkłady kolejowe w taki sposób, że nie mogłem się podnieść, ani obrócić na bok, a zza zakrętu wyjeżdża, rozpędzona lokomotywa, jadąca po torze, na którym leżę.

Tak, ten sen musi się wreszcie skończyć, dzisiaj, teraz… Za nim bowiem czeka mnie przebudzenie — ciepłe, czyste, pachnące, kojące. Ta lokomotywa, to oddech Jadwigi, muszę się tylko bardziej do tego oddechu zbliżyć, muszę wejść w jego krąg, poczuć go na twarzy. Tak, ten sen, to lęk, który muszę zwalczyć, który niemoc, którą zwalczę teraz.

Ogarnął mnie śmiech. Uniosłem się na dłoniach i podczołgałem się w stronę przejazdu. Czkając ze śmiechu, minąłem siatkę odgradzającą ścieżkę od torów i zaraz za nią położyłem głowę na szynie. To traciłem świadomość, to ją odzyskiwałem. Chłodny metal dzwonił mi przy skroni i nie wiedziałem czy to moje tętno szynę porusza, czy lokomotywa już mnie najeżdża. Dalej, dalej! — kpiłem z pociągu. Szybciej konserwo! Śmiało! Pobudka paprykarzu!
Wtedy usłyszałem płacz dziecka. Pomimo huku nadjeżdżającej lokomotywy — wyraźny, bliski. I zobaczyłem Jadzię. To nie był sen. I to nie była jawa. Nie wiem co to było. Być może sam Pan Bóg tak dzieckiem we mnie zapłakał i ten obraz na mnie nasłał. Widziałem jak Jadwiga tuli niemowlę i oboje — ona i dziecko — patrzą na mnie. Dziecko płacze, a Jadwiga gładzi je po główce. Patrzy mi w oczy i milczy. I milcząc staje się wraz z dzieckiem coraz bledsza coraz, dalsza, przeźroczysta, niknie… I nagle przeraziłem się tego przebudzenia na które czekałem. I śmiechu swojego się przeraziłem. Nie w przebudzenie już chciałem uciekać, ale w sen wcześniejszy się cofnąć. Snem się owinąć. Snem domem bezpieczny, snem który był jawą, a której ja nie umiałem rozpoznać. Ten sen teraz chciałem zatrzymać.

Gdy dostrzegł mnie jeden z wysiadających z pociągu pasażerów, leżałem wciśnięty w siatkę odgradzającą mnie od przejścia dla pieszych, niecały metr od torów.
Bo jeszcze nie czas na mnie. Może jutro. Nie, nie jutro, a nawet nie pojutrze. Jutro napiszę długi list do domu. Jeszcze dłuższy, niż ten wczorajszy.
A pojutrze mam widzenie z żoną.

Świeżol, podnoś dupę, szykuj michy, kolacja pod drzwiami! — ktoś szturcha mnie w bok.
— Chcesz przeżyć do sprawy, to musisz szamać.