Tańcząca z wilkami

Napadli w podwórzu moją sąsiadkę panią Danusię.

Starą. Samotną. Mocno chorą na płuca. Pani Danusia to łagodna, spokojna, cicha kobieta. Podczas wojny była sanitariuszkę. Także na froncie.

Trzech ich było. Pili wcześniej w podwórzu tanie wino. Pluli po ścianach
i szczali za kubły. To było zdaje się taki bardzo męskie, południowe dnia przywitanie przy bałaganie. Bluzgi, śmiechy, grypsera. Jeden z tychże, pomarszczonych już nieco, młodzieńców — ksywa Cykor  „wyknaił właśnie był wczoraj z puszki”. Przy Śląskiej napotkał starych wafli z bramoski. Miał jeszcze trochę grosza pozostałego mu z tak zwanej żelaznej kasy, więc postawił kolesiom bałasia. Nie było gdzie, no to wpasowali się w pierwszą otwartą bramoske. Moją bramoske.

Wietrzyłem właśnie kuchnię po przypalonych plackach kartoflanych i przez uchylone okno dolatywały mnie podniesione głosy z podwórka. Gdy podszedłem do szyby, jeden z kolesi splunął na przechodzącego obok nich kota. Zwierzę nie zareagowało, więc drugi cisnął w nie wystającą z pojemnika plastikową butelką. Widać było, że rozmówcom w miarę picia przybywa fantazji. Butelki niestety szybko nabierały powietrza, więc z resztką trunku skierowali się w stronę bramy, gdzie po chwili rozgorzała dyskusja na temat możliwości zakupu następnych bałaganów.

Wtedy do podwórka weszła pani Danusia. Gdy mijała podpite towarzystwo, panowie poprosili ją całkiem grzecznie o złotówkę. Pani Danusia jeszcze grzeczniej odmówiła, więc otoczyli ją i zażądali „paru groszy wykupnego”. Ofiara wyglądała na całkowicie bezbronną, a przy tym nie całkiem biedną, więc po chwili zażądano od kobiety pieniędzy „na flaszkę” albo na dwie, „ile tam babcia w pitrze ma”. Któryś z kolesi popchnął kobietę, inny wyrwał jej torebkę z ręki. Sytuacja stała się groźna.

I nagle, w ułamku sekundy, pijani, rozbestwieni złodzieje kompletnie zbaranieli. Drobna, bezbronna, starsza pani, ni stąd, ni zowąd zaczęła śpiewać. Śpiewać, a zaraz potem tańczyć. Głośno, z przytupem, a zadziornie. Napastników zamurowało. Sytuacja nie miała osi. Zachowanie pani Danusi było tak absurdalne, że przed chwilą jeszcze groźni, podpici zbóje rozdziawili gęby i w milczeniu patrzyli na taneczne popisy staruszki.

I nagle jeden z pijaczków czknął śmiechem i zaklaskał w dłonie. Koledzy podjęli rechot i zawtórowali głośnym tupaniem. Próbowali stepować, przysiadać, wywijać hołubce. Jeden tańczył z indiańska i pohukiwał, drugi sunął klasycznego walca z wyimaginowaną partnerką, trzeci wywijał pęcinami, symulując zbójnickie skoki przez ognisko. W tańcu z powrotem zawieszono kobiecie torebkę na ramieniu. W tańcu kłaniano się jej. Brama wrzała. Posesja otwierała okna. Do podwórka wszedł pan Józek z żoną i wielkim psem rasy Potwór Siejący Grozę. Ja także — stojąc na półpiętrze, gdyż schodziłem (dzielnie) na podwórko — widziałem przez okno klatki schodowej, jak pijaczki wycofują się z bramoski. Jeszcze któryś czknął, jeszcze inny podskoczył, jeszcze z chodnika dobiegał góralski okrzyk Cykora.
Nieco blada i zziajana pani Danusia uspokajała sąsiadów. Wyjaśniała, że właściwie to śpiewała i tańczyła z bezradności i ze strachu. No i może trochę ze złości.

Pozwólcie tu na pointujący rym, naiwny nieco:

Co dzień od nowa rosną nam błony,
czyste, bezpieczne oczek zasłony.
W sztampie, w rutynie, z głową schyloną
hołd oddajemy płazim ogonom.