Spiąć zajgiel na berzie

Szczecin. Piątkowe popołudnie. Brama Portowa. Na przystanku tramwajowym grupka młodych ludzi. Odzież niechlujna, na twarzach i dłoniach liczne tatuaże wskazujące na przypadkową lub zadeklarowaną przynależność do więziennej braci, co przejawiało się mało subtelnej kresce tatuowanego „wzorku” — grubej w symbolu i w obrysie grafice, oraz braku charakterystycznego dla współczesnej, studyjnej metody „dziargania” cieniowania.
Znudzony oczekiwaniem na nienadjeżdżający zgodnie z rozkładem jazdy tramwaj, przesunąłem się nieco w stronę młodzieńców. Nie ukrywam, chciałem podsłuchać, o czym mówią. W przededniu nieuniknionego kryzysu politycznego, nastroje społeczne były napięte i przypuszczałem, że i ci młodzi ludzie — doświadczeni przedwcześnie przez prawno-polityczne restrykcje resocjalizacyjne, spekulują cichaczem na temat kształtowania się nowych układów społecznych i sił politycznych, a szczególnie zmian w obrębie kodeksu karnego.
Dłuższą pauzę w rozmowie, wywołaną zapewne moim zbliżeniem się do nich, przerwał wysoki rudzielec z dużą niebieską kropą pod lewym okiem. Zakochany złodziej — skonstatowałem zadowolony ze swojego znawstwa w dziedzinie odczytu wzorka.

Synek! Kopsnij skręsia bo mi jęczą miechy! — wyrzucił z siebie rudy. Ton, jakim rudy zwrócił się do małego blondynka o łagodnej twarzy cherubina i licznych bliznach na lewym przedramieniu, nie miał w sobie ciepła, jakim obdarowywała mnie moja niania przed zaśnięciem, gdy nuciła piosenkę o czerwonej jarzębinie. Blondynek, czule nazwany synkiem, sięgnął niedbale do kieszeni poszarpanych dżinsów i po wyjęciu stamtąd wymiętej paczki Sobieskich, poczęstował rudego.

Se piznij w miecha i nie żebraj, bo na dziadów nie jumam  — dodał, gdy Rudy sięgał po papierosa

Żarki wiatko? —  pytanie pobiegło w stronę drzemiącego w pozycji stojącej grubasa, przyodzianego w modną koszulkę z napisem Hurra to Ja! Oraz spodnie typu Bahamy. Odsłonięte części nóg grubasa upstrzone były licznymi tatuażami o tematyce biblijnej, a dokładniej zapowiadanej przez świadków Jehowy nadchodzącej Apokalipsy.

Do roboty! Kurwa! — zagadnięty uniósł z wyraźnym trudem powieki.

Potraktowany w ten sposób Synek, nie przejął się wyraźnym faux pas, jakie popełnił w stosunku do niego Gruby. Żłób — syknął bez złości i odwrócił się w stronę wysokiego, chudego właściciela rozłożonej gazety, którego szturchnął łokciem.  Zza planszy piątkowego magazynu Kuriera wysunął się długi, garbaty nos, a po nim mała ptasia główka, niemal pozbawiona oczodołów, skrytych dodatkowo za kępą czarno-tłustego owłosienia.

A co ty u mnie za kaczora robisz? Jęknął Ptasio — Nie mam cię w białku a na krawędziaków nie tyram. Bierz kurs na horyzont i pal gumę mule pasiaty! Wyjął jednak zapałki i podał Synkowi, na co ten zrewanżował mu się szlugiem. Zapalili.

Tramwaj wciąż nie nadjeżdżał.

Pycol, kiedy wyknaiłeś? — zagadnął Synek Rudego.

— Nie wiesz? Dwa piony bujam na wolce. Jarecka biła w blat o wokande, ale ja siuram na łachę proroka. Przegibałem do dzwonka całego generała. Tak jak Cyrkiel, ale jego związali pół jara wcześniej. Na Kaszubach chowali mnie trzy wojtki, później na cholewach w Nowogardzie, a po buncie w Stargardzie na przewodach.

Podobno gady chciały ci za cwela kręcić wagę? —  pytanie pochodziło od zamyślonego zwiastuna Apokalipsy, który po leniwym wypowiedzeniu swojej kwestii, splunął niedbale na psa stojącej obok starszej pani.

Facet, palanty i gady to mi mogą na kant bez smarunku. Rzucili mnie na przewodach pod cele z festami. Padluchy do mnie z witami, a ja najbliższemu stempel z sufitu. Później laczem w czopa fetniaka, co podjechał z bardachą. Zczaiłem, że festy chcą mnie do haremu, no to za mojkę i po strunach. Chlusnęło na górną gondolę. Festy na klapę, atanda, wychowek, nieroby. Wykręcili z tego wspólną nawalankę i gites. Leberko… — Pycol machnął lekceważąco ręką i sztachnął się głęboko, po czym splunął sążniście na stojącego przy krawężniku poloneza, a następnie, przy pomocy wskazującego palca, zanurzył się we wnętrzu swojego nosa.

Tramwaj nie nadjeżdżał.

Cyrkiel, wiatrzysz jakieś siano? —  Pycol zmienił nagle temat rozmowy. Płuca OK, ale rura smali. Renty jeszcze nie przysłali, a zapomoge zostawiłem wczoraj u babki. W morde, jak mnie starsza dziś zajerzy, to jej wyrąbie sakwe, albo przekrence ringa. Ja pierdziele, zapomniałem, że mam fanta, łykasz?  — Pycol wystawił palec lewej ręki ręki i pokazał Cyrklowi pierścionek.

—  O w mordę, to nie blacha? Chcesz go spuścić, czy pod młotek?

—  Jeszcze nie wiem, za ciepły na Żyda. Spiąłem go wczoraj go na Berzie, jak skubałem kaczkę. Targacz się spulał, a wapniara się jornęła i zaczęła smalić japę. Myślałem, że wzorki mi pospadają jak darłem lacze przez bramoske! Kończąc opowieść Cyrkiel wyrzucił na zewnątrz zawartość nosa na nowy, komputerowo składany rozkład jazdy Zarządu Dróg i Transportu Miejskiego.

W tym momencie usłyszałem tramwaj, który nadjeżdżał niestety z przeciwnej strony. To już trzeci z kierunku dworca  — pomyślałem, po czym spojrzałem na zegarek  — resztki włosów uniosły mi się pod kapeluszem. O rzesz w mordę, pocztę zamknęli i nie zdążę pobrać renty!

Nie było wyjścia, poczłapałem w kierunku Berzy, by spiąć jakiś zajgiel.